16/12/2025
W ostatnim czasie w swojej pracy coraz częściej jestem świadkiem momentów przełomowych — chwil, w których ludzie uświadamiają sobie, że wiele ich obecnych trudności, powtarzających się błędów i życiowych problemów ma swoje źródło w tym, co zostało ukształtowane znacznie wcześniej, w domu rodzinnym. To właśnie te momenty zatrzymania, refleksji i odkrycia stały się dla mnie impulsem do zebrania myśli i przelania ich na "papier..."
Być może to, co teraz przeczytasz, stanie się dla Ciebie inspiracją — zachętą do rozmowy z psychologiem albo do spojrzenia na siebie z większą życzliwością. Może pomoże Ci przestać obwiniać się za pewne błędy i zamiast tego skierować uwagę na zmianę! Być może pozwoli także zaakceptować, że w przeszłości wydarzyło się coś, co miało wpływ na to, kim jesteś dzisiaj — i że wtedy nie miałeś na to wpływu...
Ale dzisiaj, przyszłość jest w Twoich rękach 💪.
„Dopiero teraz to widzę”
Czyli, o tym kiedy w wieku dojrzałym odkrywasz dziwactwa przeszłości i domu rodzinnego...
Podobno dorosłość to moment, w którym wszystko zaczyna mieć sens. Człowiek wreszcie „rozumie”, „wie” i „patrzy dojrzale”. Szkoda tylko, że jednym z pierwszych olśnień tej dojrzałości bywa odkrycie, że fundamenty, na których budował swoje życie, są co najmniej… wątpliwej jakości. Jakby ktoś po latach użytkowania domu poinformował Cię mimochodem, że jednak stał on na ruchomych piaskach — i to od samego początku.
Jest w tym odkryciu coś absurdalnego i trochę niesprawiedliwego. Bo kiedy byłeś mały, nikt nie dał Ci alternatywy, instrukcji ani ostrzeżenia. A kiedy wreszcie masz narzędzia, język i świadomość, żeby zrozumieć, co właściwie się wydarzyło — rachunek emocjonalny już dawno leży na stole. I właśnie od tego momentu zaczyna się opowieść o zdziwieniu, złości i spóźnionym rozumieniu własnego dzieciństwa.
Jest w życiu człowieka moment szczególny. Nie jest to matura, ślub ani pierwsza rata kredytu. To chwila, w której nagle – zwykle zupełnie nieproszony – pojawia się błysk myśli: „Chwila… to, co działo się w moim domu, było chyba jednak nie do końca normalne.”
I wtedy zaczyna się lekkie, a czasem całkiem solidne oburzenie. Bo dlaczego, do jasnej psychologii😉, człowiek musi dochodzić do takich wniosków dopiero po dwudziestu, trzydziestu, a czasem pięćdziesięciu latach życia?
Przecież jako dziecko byłeś w tym domu codziennie. Widziałeś, słyszałeś, czułeś. A jednak nie – wtedy wszystko było „w porządku”.
Krzyk był „wychowawczy”, cisza była „normalna”, emocje były „fanaberią”, a napięcie w powietrzu najwyraźniej miało być domyślnym tłem egzystencji.
I nikt nie dał instrukcji obsługi, że to nie jest uniwersalny model rodziny, tylko jeden z wielu – i to wcale niekoniecznie zdrowy..
Jako dziecko nie miałeś szans. Nie miałeś porównań, języka ani prawa do krytycznej oceny. Rodzice byli światem, prawem i pogodą w jednym.
A świata się nie kwestionuje – do świata się dostosowuje. Więc się dostosowałeś. Kosztem siebie, swoich emocji, granic i potrzeb. Ale za to „grzecznie”.
Najbardziej ironiczne jest to, że dopiero kiedy dorastasz, uniezależniasz się i – teoretycznie – jesteś gotowy na życie, zaczyna do Ciebie docierać, że coś tu nie gra. Że nie wszyscy tak jak Ty, żyli w ciągłym napięciu. Że nie każdy nauczył się zgadywać nastroje innych jak prognozę pogody. Że nie każdy ma w głowie wewnętrzny głos mówiący: „nie przesadzaj”, „nie bądź problemem”, „jakoś to znieś”, "weź się ogarnij"....
Z czasem uświadamiasz sobie też coś jeszcze bardziej niewygodnego: że problemem nie było wyłącznie to, jak rodzice traktowali Ciebie, ale również to, jak traktowali siebie nawzajem— na Twoich oczach, dzień po dniu, bez cenzury.
Jako dziecko obserwowałeś ich relację jak jedyny znany model bliskości: lekceważące spojrzenia, ironiczne komentarze, bagatelizowanie emocji jednego z nich, chłód, obojętność albo niekończące się napięcie zamiast rozmowy. Czasem było to jawne krytykowanie, czasem cicha wojna, a czasem po prostu brak zainteresowania sobą nawzajem, który z czasem stawał się bardziej dotkliwy niż kłótnie. Nawet rozstania — choć wtedy rzadko nazywane rozwodami i często owiane milczeniem — nie były neutralne: jeden rodzic opowiadający się przeciwko drugiemu, wciąganie dziecka w dorosłe konflikty, podważanie autorytetu lub emocjonalne rozliczenia prowadzone przy świadku, który nie miał dokąd uciec.
Dopiero w dorosłości zaczynasz rozumieć, że to wszystko było nauką relacji — tylko że bardzo wadliwą. I nagle okazuje się, że trudności w bliskości, komunikacji czy zaufaniu nie wzięły się znikąd, lecz są echem scen, które kiedyś oglądałeś, myśląc, że tak właśnie wygląda „normalny związek"...
I po latach...co? Przychodzi złość. Na życie, na los, na rodziców?
Bo czemu to zrozumienie nie przyszło wcześniej? Czemu nie wtedy, gdy można było się bronić, reagować, nazwać rzeczy po imieniu? Odpowiedź jest brutalnie prosta: bo dziecko nie jest od rozumienia‼️ Dziecko jest od przetrwania. A psychika zrobi wszystko, żeby to przetrwanie zapewnić – nawet jeśli rachunek przyjdzie wiele lat później...😟
W tym miejscu łatwo wpaść w kolejną pułapkę: obwinianie rodziców już z perspektywy dorosłego. Rozliczanie, analizowanie, rozpamiętywanie, co powinni byli zrobić inaczej.
Tyle że prawda jest taka, że przeszłości nie da się cofnąć, a rodzice – jacy byli, tacy byli. Najczęściej z własnymi deficytami, historią i ograniczeniami, których nawet nie umieli nazwać.
To nie znaczy, że masz udawać, że nic się nie stało. To znaczy tylko tyle, że nie da się zbudować przyszłości, stojąc plecami do niej i twarzą do przeszłych krzywd. Można uznać, że coś było trudne.
Można nazwać swoje braki.
Ale odpowiedzialność za dalsze życie – niestety albo na szczęście – leży już po Twojej stronie!
Jeśli więc po latach odkrywasz w sobie deficyty, schematy, które nie służą, albo emocje, które ciągle wracają jak niechciany refren, to nie jest dowód słabości. To jest dowód świadomości. I być może najlepszym, co można wtedy zrobić, jest skierować pretensję nie w stronę życia, ale w stronę troski o siebie – choćby przez rozmowę z psychologiem lub psychoterapię.
Bo olśnienie przyszło późno. To prawda. Ale przyszło. A to oznacza, że teraz wreszcie można coś z nim zrobić – już nie jako dziecko, które musiało.
Tylko jako dorosły, który może.