26/01/2026
Tak o nas w sieci.
Tomek, morze życzliwości dla Ciebie ♥️
Chcę dokonać coming outu. Robię to, by w jedyny możliwy mi sposób pomóc osobom, dzięki którym wierzę, że żyję. A na pewno osobom, którym zawdzięczam takie, a nie inne życie. Zanim jednak do tego przejdę i wam o tym opowiem, muszę zacząć od momentu, w którym to wszystko się zaczęło.
Czy oglądaliście film „Trainspotting”? Pamiętacie scenę w toalecie, w której główny bohater nurkuje w muszli klozetowej? Byłem tam. I to nawet nie w przenośni. Wieczór, w którym się tam znalazłem, był pierwszym, w którym zmierzyłem się z prawdą. Sam sobie powiedziałem, że po prostu się przestraszyłem. Przestraszyłem się, że umrę. Umrę w obcym miejscu, w obcym mieście, w obcym kraju, bez dokumentów.
Obudziłem się na SOR-ze w londyńskim szpitalu po tym, jak urwał mi się film. A kilka godzin wcześniej byłem w toalecie jakiegoś pubu, w którym zrobiłem jedną z najobrzydliwszych rzeczy w swoim życiu.
W życiu osoby uzależnionej przychodzi taki moment – a o tym właśnie jest ten coming out – że trzeba to nazwać. Jestem osobą uzależnioną. Formalnie, w ICD-10, jest to schorzenie określone jako F19.2: uzależnienie krzyżowe. Potocznie o takich ludziach jak ja mówi się „ćpun”. Ja dziś ćpunem się nie czuję.
Tamten moment, w którym zorientowałem się, że jestem w szpitalu, nie do końca wiedząc, co się wydarzyło i jak się w nim znalazłem, był pierwszym w moim życiu, gdy poczułem bezsilność wobec uzależnienia. Czułem się również bezradny. Wiedziałem, że potrzebuję pomocy. Wiedziałem, że muszę wrócić do kraju. I tak zrobiłem.
Po powrocie podjąłem próbę leczenia w poradni uzależnień, w trybie ambulatoryjnym. Moja ówczesna terapeutka powiedziała mi, że ona zrobi co w jej mocy, ale osoba będąca tak głęboko zanurzona w chorobie potrzebuje czegoś więcej. Potrzebuje leczenia stacjonarnego w ośrodku zamkniętym. Ja nie przyjąłem tego do wiadomości. To do mnie nie mówiło, nie chciałem się z tym zgodzić i się nie zgodziłem. Dwa miesiące później złamałem abstynencję. Oczywiście za „pomocą” narkotyków. I żebyście nie mieli wątpliwości: alkohol to dla mnie dziś taki sam narkotyk jak ma*****na czy kokaina, a nawet gorszy.
Złamanie abstynencji w tamtym czasie spowodowało, że zacząłem spadać w przepaść. Były krótkie momenty, w których łapałem się krawędzi życia tylko po to, by wspiąć się na chwilę i runąć jeszcze szybciej, jeszcze mocniej. To był upadek tak szybki i tak głęboki, że są sprawy, o których do dziś wstydzę się mówić. Są też sprawy, o których mówić nie mogę, a może to jeszcze nie czas, by o nich publicznie opowiadać.
We wrześniu 2019 roku siedziałem pod prysznicem, lejąc sobie na głowę zimną wodę, będąc o krok od odebrania sobie życia. W tym punkcie jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy życiu, była moja mama. Jej miłość do mnie i świadomość, że to, co chcę zrobić, zniszczy ją na zawsze. Nie byłem w stanie tego zrobić.
Przyznałem się do miejsca, w którym jestem. Do stanu, w którym jestem. Powiedziałem, że chcę znaleźć miejsce, które mi pomoże poradzić sobie z tym, z czym się mierzę. Znalazłem takie miejsce. To był ośrodek, w którym było kilka terapeutek. Wyciągnęły do mnie rękę i przyjęły mnie jak każdego innego chorego, który szuka pomocy: z otwartością, ciepłem, ale i stanowczością, której ta choroba potrzebuje.
Osobą, która mnie wtedy przyjmowała, była Zuza. To od niej uczyłem się podczas drugiego pobytu w tym ośrodku. Bo tak też się wydarzyło – za pierwszym razem nie posłuchałem wszystkich zaleceń i chciałem pewne rzeczy zrobić po swojemu. To doprowadziło do tego, że się pogubiłem i potrzebowałem pomocy raz jeszcze. Szczęśliwie ten drugi moment był chwilą, w której „zaskoczyłem”, jak to się mówi u nas w środowisku osób uzależnionych. Szczęśliwie od prawie 6 lat jestem czysty i zdrowieję. Uwierzcie, że „zdrowieję”, bo jest to proces na całe życie.
Ale wracając do Zuzy. Ona powtarzała jak mantrę jedną rzecz, która przylgnęła do mnie bardzo mocno: że bez uczciwości nie ma trzeźwości. I że jeśli zacznę oszukiwać siebie lub najbliższych (a może w odwrotnej kolejności), to przyjdzie moment, w którym oszukam siebie tak mocno, że choroba znowu wygra. Nauczyła mnie też konsekwencji, umiejętności bycia słownym i „dowożenia” różnych rzeczy.
Kolejną osobą na tej mapie jest Magda, moja pierwsza terapeutka i osoba, której zawdzięczam tak wiele. To ona jako pierwsza pomogła mi uświadomić sobie, że muszę wyjść z własnej głowy – głowy marzeń, głowy urojeń – i zacząć konfrontować się z rzeczywistością taką, jaką ona jest. Nauczyć się mierzyć z trudnościami takimi, jakimi są. Po prostu porzucić dziecięcą przestrzeń, w której mogłem się schronić, a która sprawiała, że choroba miała wygodne miejsce, by się rozwijać. To do niej przyszedłem, będąc zupełnie pogubionym i ograbionym z jakiejkolwiek tożsamości.
Problemem w zdrowieniu jest moment, w którym osoba uzależniona uświadamia sobie, że role i tożsamości, w których była, są nieaktualne, nieprawdziwe bądź szkodliwe. To był moment, w którym ja już nie byłem fotografem, nie byłem mężem, a do bycia synem się nie przyznawałem, bo byłem synem fatalnym. Jedyna tożsamość, jaka się do mnie przykleiła, to „narkoman”, a tej nie chciałem. Spotkałem się więc z gigantyczną pustką. To Magda zaproponowała, że może zostanę „osobą zdrowiejącą”. I to na tej tożsamości udało mi się zbudować fundamenty, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Na których zbudowałem swoje całe obecne życie.
Trzecią z tych cudownych terapeutek jest Iza. Iza, która zapewniała i zapewnia osobom, które przy niej zdrowieją, chyba jedną z najważniejszych rzeczy potrzebnych w takim miejscu: poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa. Jej ciepło i oddanie powodowały, że dużo łatwiej było mi się otworzyć w momentach, które dotykały prawdziwych, niezabliźnionych ran z dzieciństwa.
I ostatnią osobą jest Małgorzata (Gosia) – kierowniczka ówczesnego ośrodka i kierowniczka miejsca, o którym zaraz wam opowiem. To spotkania z nią irytowały mnie najbardziej. To spotkania z nią jako terapeutką były dla mnie najtrudniejsze, bo była dla mnie bezwzględna. Ta przestrzeń przedziwnych myślowych konstruktów, które tworzyłem sobie od dziecka, dawała mi jednocześnie siłę do funkcjonowania w życiu, ale spowodowała też, że wytworzyłem w sobie wielkościowe urojenie. Polegało ono na tym, że ja muszę osiągnąć coś wielkiego, że jestem do tego powołany, że świat na to czeka. Czułem się odpowiedzialny za cały świat, za wielkie rzeczy i wielkie idee, jednocześnie nie umiejąc wziąć odpowiedzialności za rzeczy najprostsze, wykręcając się z nich za pomocą intelektu i błyskotliwych słownych tyrad. Gosia sprowadzała mnie za każdym razem na ziemię. Brutalnie, a jednocześnie z troską.
To dzięki niej dziś studiuję. Bo gdy powiedziałem, że ja już jestem za stary na to, żeby studiować (a miałem wtedy 40 lat), powiedziała, żebym przestał *********, bo zna dużo starsze osoby, które kończyły studia. Więc 5 lat później po prostu przestałem ********* i poszedłem na te studia.
Piszę wam o tym i opowiadam, ponieważ te dziewczyny dzisiaj potrzebują pomocy. Stworzyły miejsce, w którym setki osób znalazły ratunek. To miejsce, o którym zawsze marzyły – na własnych warunkach, na własnych zasadach, z Gosią jako kierownik i ekipą fantastycznych terapeutów (w tym kobiet, o których wam powiedziałem).
To miejsce to Monar w Budach Zosinych.
Na początku stycznia wydarzył się wypadek – dziewczynom spłonął strych, ogień uszkodził sufit i dach. Miejsce wymaga remontu i jest obecnie zamknięte.
Poniżej w tekście znajdziecie link do zbiórki z moją osobistą prośbą o wrzucenie paru złotych. Lub – jeśli wasz budżet na to nie pozwala – o udostępnienie tego całego wpisu jako świadectwa, że takie miejsca ratują życie i tacy ludzie ratują życie.
Gosiu, Magdo, Zuziu, Izo – ja wam najmocniej dziękuję. I przepraszam, że mogę zrobić tylko tyle w takiej sytuacji.