10/04/2026
Dobre rady nie działają tak, jak chcielibyśmy wierzyć.
Nie dlatego, że są złe. Nie dlatego, że ktoś nie chce ich usłyszeć. Ale dlatego, że trafiają do miejsca, które w chwili stresu jest chwilowo niedostępne.
Kiedy układ nerwowy jest w dysregulacji, ciało nie szuka rozwiązań. Szuka bezpieczeństwa.
W tym stanie kora przedczołowa, ta część mózgu, która rozumie, analizuje, planuje i potrafi przyjąć radę, schodzi na dalszy plan. Pierwszeństwo przejmuje coś starszego. Głębszego. System, który nie pyta „co zrobić?”, tylko „czy jestem bezpieczna?”.
I to pytanie nie jest zadawane słowami.
Odpowiedź przychodzi przez ciało.
Zanim nauczyliśmy się mówić, regulowaliśmy się dzięki drugiemu człowiekowi. Przez ton głosu. Przez tempo oddechu. Przez napięcie albo jego brak w ciele obok nas. Przez spojrzenie, które nie ocenia i nie odwraca się w pośpiechu. Przez obecność, która nie ucieka i nie próbuje nas naprawić.
Dlatego osoba w silnym stresie nie „ignoruje” rady. Jej układ nerwowy po prostu nie ma teraz dostępu do miejsca, które mogłoby z niej skorzystać.
A teraz ten fragment, który rzadko chcemy zobaczyć.
Kiedy widzimy kogoś w kryzysie, w nas samych bardzo często uruchamia się napięcie. Lęk. Bezradność. Potrzeba, żeby coś zrobić. Żeby to się skończyło. Żeby było lepiej, najlepiej od razu.
I z tego miejsca zaczynamy mówić.
Dajemy rady. Szukamy rozwiązań. Próbujemy pomóc.
Ale ciało drugiej osoby nie słyszy naszych słów tak, jak myślimy. Ono słyszy napięcie pod tymi słowami. Słyszy pośpiech. Słyszy potrzebę kontroli. Słyszy to ciche: „to jest dla mnie za dużo”.
I wtedy dzieje się coś bardzo bolesnego.
Pomoc zaczyna być odczytywana jako kolejny sygnał zagrożenia.
„Mój stan niepokoi tego człowieka.” „Przytłaczam go.” „Muszę się pozbierać albo zniknąć.”
Paradoks polega na tym, że im bardziej próbujemy pomóc z miejsca własnego napięcia, tym mniej regulujące jest nasze działanie. Bo bardzo często nie regulujemy wtedy drugiej osoby. Regulujemy siebie. Nieświadomie próbujemy jak najszybciej zakończyć jej dyskomfort, żeby przestać czuć własny.
Dlatego to, co naprawdę pomaga, jest dużo prostsze i dużo trudniejsze jednocześnie.
Obecność bez agendy.
Bycie z kimś bez potrzeby natychmiastowego rozwiązania. Bez przymusu, żeby coś naprawić. Bez presji, żeby było już dobrze.
Obecność, w której ciało komunikuje: nie uciekam, nie naprawiam cię, jestem tutaj i wytrzymuję.
To jest rzadki dar. I układ nerwowy rozpoznaje go natychmiast.
Następnym razem, kiedy ktoś bliski będzie w kryzysie, możesz na chwilę zatrzymać się nie przy słowach, tylko przy sobie. I zapytać:
czy moje ciało jest teraz miejscem, w którym można poczuć się bezpiecznie?
Nie: czy wiem, co powiedzieć. Nie: czy mam dobrą radę.
Tylko: w jakim stanie ja jestem, kiedy tu jestem.
Bo nie uspokajamy się wtedy, kiedy ktoś mówi właściwe rzeczy. Uspokajamy się wtedy, kiedy nasz układ nerwowy odczyta w drugim człowieku coś, czego nie trzeba tłumaczyć:
tu jestem bezpieczna, tu mogę przestać się bronić, tu mogę wrócić do siebie.
Jaga
……………….
sesje 1:1 tel/what’s app 722132888, jaga.baczynska@gmail.com