26/08/2025
Zawsze był tym zabawnym. Miał świetne riposty, potrafił rozładować każdą sytuację, jego żarty śmieszyły wszystkich. Mnie też, na początku.
Byłam dumna, że mam u boku faceta, który potrafi się odnaleźć wszędzie, który zjednuje sobie ludzi. Imponował mi tym.
Pamiętam, jak kiedyś na kolacji u znajomych opowiadał, jak pomyliłam adres, jadąc na rozmowę kwalifikacyjną, i jak czekałam pod złym biurem.
Wszyscy się śmiali. Ja też, ale nie do końca.
Bo wiedziałam, że ta praca to miało być moje nowe rozdanie. I że w tej historii to ja byłam tą głupią.
Nie zrobiłam wtedy nic. Pomyślałam, że przesadzam. Że mam zły dzień. Że to tylko opowieść. Że przecież nikt nie chciał mnie zranić.
Potem było więcej takich opowieści.
O moim zderzeniu z bramką parkingową, o tym, jak nie umiem prowadzić rozmów telefonicznych, jak znowu pomyliłam datę wywiadówki.
Zawsze z uśmiechem. Zawsze lekko. Zawsze niby z sympatią.
Z czasem ten ton zagościł w naszych domowych rozmowach.
Gdy zapomniałam kupić mleko, słyszałam, że nawet lista zakupów mnie przerasta.
Gdy zapytałam, czy dobrze wyglądam, odpowiedział, że tak, ale chyba miałam ciężki tydzień.
Gdy pochwaliłam się nowym tekstem, rzucił, że z tymi przecinkami to może nie warto jeszcze go wrzucać.
Kiedy powiedziałam, że chciałabym zapisać się na kurs online, spytał, czy to znów ten, którego i tak nie skończę.
Zawsze w żartach i zawsze „dla mojego dobra”.
Nie podnosił głosu.
Nie obrażał mnie wprost.
Ale powoli przestawałam się odzywać.
Przestawałam pokazywać mu cokolwiek, co było moje.
Nie chciałam już jego komentarza. Ani tym bardziej jego spojrzenia.
Najgorzej, że… Zaczęłam mu wierzyć. Zaczęłam wierzyć, że jestem nieogarnięta. Że nie wiem, jak się ubrać. Że dramatyzuję. Że z niczym nie potrafię wytrwać.
Wycofałam się, straciłam pewność siebie. Sama już nie wiedziałam, co o sobie sądzić.
I wtedy, któregoś dnia, gdy wieczorem powiedziałam coś o planach na przyszłość, on tylko się uśmiechnął i mruknął: „Znowu masz fazę na wielkie wizje?”.
Nasza córka, nastolatka, spojrzała na mnie i zapytała:
„Dlaczego ty się tak cicho odzywasz, kiedy tata mówi?”
To był moment, w którym zrobiło mi się słabo. Zrozumiałam, że ona widzi, jak ona widzi, to wszyscy widzą. Wszyscy, ale nie ja!
Nie tylko ja słyszę te słowa, które mają mnie przytrzymać w miejscu. To nie ja mam problem z dystansem.
To on ma problem z tym, że jestem!
Bo jemu wcale nie chodziło o humor. Chodziło o to, by subtelnie przypominać mi, gdzie moje miejsce.
Żeby się nie wychylać, nie błyszczeć. Nie ufać sobie.
Dziś już wiem, że przemoc to nie tylko krzyk.
Czasem to cisza po zdaniu wypowiedzianym z uśmiechem.
Czasem to półżart, który zostaje w głowie na tygodnie.
Czasem to śmiech, który każe ci przestać mówić.
I wiem, że to nie ja mam się wstydzić. Niech wstydzi się ten, kto krzywdzi.
Któregoś dnia, gdy wieczorem powiedziałam coś o tym, że chciałabym zapisać się na angielski, on tylko się uśmiechnął i mruknął z ironią:
– Poczekamy, zobaczymy...
Już nie śmiałam się z nim.
Nie przewróciłam oczami.
Nie odpuściłam.
Powiedziałam cicho, spokojnie, ale tak, że aż się wyprostował przy stole:
– Wiesz, że przez ciebie przestałam wierzyć, że mam coś wartościowego do powiedzenia? Wiesz, że przez ciebie boję się kupować sukienki, bo czuję, że znów je oceniasz wzrokiem? Nie wiem już, co lubię, czego chcę i kim jestem, bo od lat słyszę tylko, jaka jestem „zabawna” w swojej niedojrzałości?
Patrzył na mnie, nie odpowiadał.
– Nie jestem twoim żartem. Nie jestem puentą twoich opowieści. Jestem kobietą, której przez lata próbowałeś udowodnić, że jest trochę gorsza, trochę głupsza i trochę śmieszniejsza. I właśnie dlatego nie będę już się śmiała z tobą. Nie będę więcej śmiała się z samej siebie.
Wstałam od stołu.
Nie wiecie, jaką moc poczułam. W tej jednej sekundzie poczułam, że wracam do siebie. Wzięłam stery w swoje ręce.
Nie w wielkim stylu, spektakularnie. Nie z krzykiem. Raczej tak asekuracyjnie, trzęsącym się głosem. Ale bez jego śmiechu nad głową.
______________________________________________
Przemoc - nieprzemoc.
Trochę żart, a trochę nie.
Niby dla twojego dobra, niby anegdota, a jednak czujesz się jak idiotka i śmiejesz się ze wszystkimi nie dlatego, że Ci do śmiechu, ale dlatego, by ukryć, że do śmiechu wcale Ci nie jest.
Ta historia nie ma jednej bohaterki, bo jest stworzona z kilku zasłyszanych przeze mnie historii.
Chcę tylko Wam powiedzieć, że macie moc postawienia kropki. To Wy stawiacie granice i mówicie: dość.
Odwagi!
Bój się i... stawaj po swojej stronie!
Z pozdrowieniami
Tekstualna Monika