09/01/2026
Są momenty w życiu, kiedy oddaje się całego siebie.
Nie metaforycznie. Dosłownie.
Kiedy zostajesz mamą dziecka, które potrzebuje więcej —
twoje „ja” schodzi na dalszy plan.
Czasem bardzo daleki.
Nie zniknęłam.
Po prostu przez jakiś czas jestem czyimś życiem bardziej niż swoim.
Dni składają się z rehabilitacji, wizyt, czujności.
Noce z nasłuchiwania oddechu, myśli, które nie chcą zasnąć.
A między tym wszystkim… mnie jest niewiele.
Jest zmęczenie, które nie mija po jednym „odeśpij”.
Jest bycie potrzebną cały czas — fizycznie i mentalnie.
Oddając się dziecku, oddajesz też
swoje tempo, swoje plany, czasem swoje ciało,
a często… siebie.
Bywa, że się gubię.
Nie nagle — raczej powoli.
Kawałek po kawałku.
W rzeczach „ważniejszych”, „pilniejszych”, „na teraz”.
Mnie jest mało.
Jestem funkcją, logistyką, ramionami, spokojem — nawet wtedy, gdy sama się boję.
Jestem mamą. Opiekunką. Tą, która „ogarnia”.
Jest Laurka. Jej potrzeby. Jej droga.
A ja jestem zapleczem. Stałością.
Kimś, kto musi być.
Nie piszę tego po to, żeby ktoś współczuł.
To nie jest historia o byciu słabą.
To jest codzienność wielu mam-opiekunek —
takich, które znikają po cichu, żeby ich dziecko mogło być widoczne 💝
I choć kocham Laurkę najbardziej na świecie,
to czasem łapię się na myśli, że tęsknię za sobą sprzed „wszystkiego”.
Nie za wolnością.
Za chwilą, w której ktoś zapytałby, jak ja się mam —
i naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź.
A jednak wiem, że kiedyś będę mogła po siebie wrócić.
Powoli. Po kawałku.
Dla wszystkich mam, które dzień po dniu dają wszystko, czasem siebie zostawiając na końcu —
widzę was i wiem, że Wasza codzienność jest ogromną siłą. ✨
Niech to będzie ciche przypomnienie, że każda z nas walczy najlepiej, jak potrafi.