15/02/2026
Niedoskonałość potrafi być siłą.
Ale potrafi też szeptać, że robimy ciągle za mało, że można byłoby lepiej i więcej.
Nawet wtedy, gdy naprawdę dajemy z siebie dużo. Potrafi pchać do rozwoju, ale równie często odbiera poczucie, że to, co robimy, już jest wystarczające.
Wiele kobiet, które spotykam na swoich warsztatach, naprawdę radzi sobie dobrze. Są odpowiedzialne, zaangażowane, skuteczne, odnoszą zauważalne sukcesy. Po wysłuchaniu, gdzie są i z czym się mierzą pierwszym odruchem jest podziw. A jednak bardzo często towarzyszy im poczucie, że to wciąż za mało.
Jakby między tym, co jest, a tym, co „powinno być”, istniała stała, trudna do domknięcia luka, jakby cel odsuwał się wraz z osiągnięciami, bez szans na jego dogonienie.
Uczucie niedoskonałości potrafi mobilizować. Dzięki niej się rozwijamy, uczymy, przekraczamy granice. Ale w pewnym momencie zaczyna działać jak wewnętrzny regulator, który rzadko pozwala zatrzymać się i uznać sens i satysfakcję z tego, gdzie jesteśmy i co robimy. Poprzeczka przesuwa się automatycznie. Gdy jedno staje się możliwe, natychmiast pojawia się kolejne „jeszcze”.
Myślę, że wiele kobiet nie żyje w deficycie kompetencji, tylko w deficycie uznania ich wobec samych siebie. Oceniamy się nie po faktach, lecz po tym, jak powinnyśmy się czuć, jak szybko wracać do równowagi, jak sprawnie łączyć role, jak mało miejsca zajmować z własnym zmęczeniem czy wątpliwościami.
Pomyślałam sobie ostatnio, że może pytanie nie brzmi „dlaczego nie radzę sobie lepiej?”, ale raczej „dlaczego tak rzadko pozwalam sobie uznać, że to, co robię teraz, jest wystarczające na ten moment?”
Zmiana kontekstu pytania nie jest zaproszenie do rezygnacji z ambicji, jest to raczej zaproszenie do zmiany sposobu, w jaki mierzymy własną wartość.