27/01/2026
Są procesy, którym ulegamy codziennie, a nad którymi się nie zastanawiamy. Jednak to, że o nich nie myślimy, wcale nie znaczy, że nie są dla nas ważne. Weźmy na przykład takie trawienie. Siadając do jedzenia raczej nie zastanawiamy się nad tym, co później z nim się stanie. Rozkoszujemy się nieraz jego widokiem, poddajemy jego zapachowi, pozwalamy żeby smaki rozlały się w naszych ustach. Gdy pokarm trafia do nich, zaczyna być poddawany działaniom różnych enzymów. Ich celem jest rozłożenie bardziej skomplikowanych elementów na prostsze, a następnie uczynienie z nich budulca, który wpłynie korzystnie na działanie naszego organizmu. Innymi słowy - trawimy, a następnie wchłaniamy to, czego nasz organizm potrzebuje.
Czasami jednak mamy takie sytuacje - na pewno je znacie z własnego doświadczenia - że jemy zbyt szybko bez uważności. Wtedy jakiś kawałek jedzenia trafia dalej do żołądka bez wystarczającego przeżucia. A czasami zdarza się tak, że coś nam nie posłuży. Może nas wtedy boleć żołądek albo jelita i możemy mieć poczucie, że coś było niestrawne.
Można powiedzieć, że nasza psychika działa na podobnej zasadzie. Doświadczenia, z którymi stykamy się każdego dnia, są jak pokarm dla naszego umysłu. Jednak nie wszystko, co przeżywamy, jest od razu gotowe do przyjęcia. Żeby nasz umysł mógł bez przeszkód pracować, złożone stany muszą zostać przekształcone w taki sposób, żeby mogły być "strawne". Dopiero wtedy nam posłużą i będziemy mogli je przyjąć.
Ale umysł, podobnie jak żołądek czy jelita, może nie poradzić sobie z niektórymi doświadczeniami. Wtedy możemy mieć poczucie wypełniającego nas napięcia, chaosu wewnętrznego, zalewu nie odróżnialnych emocji, niezrozumiałych fizycznych doznań. To znak, że coś w nas zalega, coś nie mogło zostać strawione. Być może bodźców było za dużo. Albo my byliśmy w zbytnim wewnętrznym pobudzeniu, które uniemożliwiło nam zatrzymanie się na danym zjawisku i dopuszczenie go do siebie w pełni. A może nasz umysł pochłaniało coś zupełnie innego i nie starczyło w nim miejsca na zajęcie się jeszcze kolejną sprawą. Umysł wtedy nie boli tak jak boli żołądek czy jelita. Ale daje nam informację o swoim kłopocie w inny sposób. Możemy gorzej spać, nie radzić sobie z nastrojem czy emocjami, albo mieć inne, poważniejsze problemy, które prowadzą nas do terapeuty lub psychiatry.
I tu chcę Was uczulić na ważny wątek. Rola innej osoby w takim psychicznym trawieniu jest nieoceniona. Zobaczcie, jak jesteśmy mali, nasz układ pokarmowy nie jest od razu gotowy na przyjęcie bardziej skomplikowanego jedzenia. On sobie pomału dojrzewa. I rodzice zazwyczaj wiedzą kiedy dziecko jest gotowe, żeby rozszerzać dietę.
Z umysłem jest podobnie. On też dojrzewa. On też potrzebuje czasu, by nabrać pewnych umiejętności. I potrzebuje też dostosowania płynących do niego bodźców do tego, co może strawić. Wiele rodziców o to dba. Jednak są i tacy, którzy - sami doświadczywszy nieadekwatnej opieki - nie mogą jej potem dać swoim dzieciom. Może się wobec tego wykształcić w umyśle taki stan, jakbyśmy byli pozbawieni pewnego ważnego enzymu.
Ten "enzym" może zacząć funkcjonować tylko wtedy, gdy doświadczyliśmy w naszym rozwoju takiej obecności drugiego człowieka, który z zewnątrz pomagał nam rozkładać bardziej skomplikowane czy trudne dla nas doświadczenia na prostsze. To może być rodzic. W późniejszym życiu przyjaciółka czy przyjaciel, albo terapeuta. To właśnie podczas psychoterapii, w relacji terapeutycznej, możemy doświadczać przygotowywania naszego wewnętrznego środowiska w taki sposób, żeby ten "enzym" mógł przejąć potem swoje funkcje i by nasz umysł mógł sobie samodzielnie radzić z różnymi wyzwaniami. Innymi słowy - najpierw ktoś musi trawić z nami, żebyśmy później byli gotowi robić to sami. Dzięki temu doświadczenia przestają tak bardzo boleć, przestają zalegać, a zaczynają coś znaczyć.
Fot: Tanya Barrow z Unsplash