20/02/2026
Hop hop! Czołem Wiosko! 🌸
Za nami wspaniałe warsztaty psychologiczne prowadzone przez naszą Zuzannę Sobiecką. Kto nie był, niech żałuje! :P A kto był - dziękujemy! 😊 Wczorajsze spotkanie wywołało lawinę pomysłów i ciekawych wniosków… Pewnie będę je częściowo przemycać w postach, ale dzisiaj o AKCEPTACJI.
Wspominałam Wam już, że mój synek nie jest miłośnikiem wózka? 😊 Otóż jeszcze będąc w ciąży, wiedziałam, że z wózkiem może być różnie, ale raczej wyobrażałam sobie siebie spacerującą alejkami, siedzącą na ławce w parku i czytającą książki. Przed porodem zamówiłam nawet kilka pozycji, żeby być przygotowaną na te piękne „posiadówki” pod chmurką 😉.
No i co… No i pierwsze dwa-trzy tygodnie były piękne. Spacery po 2-3 godziny, a nawet dłużej. Młody spał, spał i jeszcze raz spał… aż nagle bum! Jedno wyjście - płacz. Drugie wyjście - płacz. Myślałam: „ok, jest głodny, trzeba nakarmić”. Niestety, kolejna próba i znowu płacz, krzyki. I tak przy każdym wyjściu, bez względu na porę dnia. Pieluszka sucha, w gondoli milusio, ciuszki dobrane do pogody. A jednak każde wyjście na zewnątrz kończyło się stresem i nerwami. Próbował mąż, próbowałam ja, próbowaliśmy razem.
Moje wyobrażenie o spokojnych spacerach po prostu się rozmyło. Pamiętam, że był to jeszcze okres połogu - miewałam gorsze dni i bardzo potrzebowałam odespać. Mąż próbował wychodzić z młodym, bym mogła odpocząć, ale zazwyczaj po 15 minutach wracali do domu. Do tego każda jazda autem - czy to 5 minut, czy godzina - to był płacz. Pamiętam to zdziwienie u innych: „No ale jak to? Przecież dzieci lubią wózki!”, „Przecież w aucie od razu zasypiają…”. Też tak myślałam 😉.
Pamiętam swoje rozczarowanie i to, jakie to było dla mnie ciężkie. Ale ponieważ chciałam, by synek spędzał czas na powietrzu, nie rezygnowałam. Kombinowałam. Siedzieliśmy na kocu w ogrodzie albo w parku. Później wjechała chusta i nosidło. To nam pomogło, choć nie zawsze miałam siłę na noszenie. Bywały momenty, że i chusta szła w odstawkę, bo młody się w niej denerwował. Każdy spacer wiązał się z lekkim napięciem.
Z czasem nauczyłam się z tym funkcjonować. Gdy synek był większy i zrobiło się cieplej, po prostu wyciągałam go z wózka i niosłam na rękach. W końcu przyszedł moment, że Maksiu polubił się z wózkiem! Pamiętam moje szczęście, gdy mogłam spacerować przez 40 minut, a on leżał spokojnie i się uśmiechał. Niestety, po pewnym czasie znów mu się odwidziało...
Nawet zmiana fotelika w aucie nie pomogła od razu - nadal zdarza się płacz i muszę się zatrzymywać, by go lulać na rękach. Jeśli trafimy w porę drzemki, zaśnie i możemy spacerować nawet 2 godziny. Ale jeśli mamy wyjść w jego OKNIE AKTYWNOŚCI, nosidło mam zawsze w pogotowiu 😉.
Długo nie mogłam się z tym pogodzić. Pytałam siebie: „co robię nie tak?”. Walczyłam z tym niezadowoleniem, aż w końcu… po prostu odpuściłam. Zaakceptowałam to.
Zauważyłam, że w momencie pełnej akceptacji coś zaczęło się zmieniać. Ja stałam się spokojniejsza, a i młody zaczął dłużej wytrzymywać. Dostrzegłam plusy: nauczyłam się wiązać chustę, a dzięki temu, że syn lubi nosidło, możemy razem jeździć w góry! Pokonałam lęk przed wyjściem i wiem, że poradzę sobie w każdej sytuacji.
Ogromną ulgę przyniosły mi też spotkania z innymi mamami z naszej grupy. Okazało się, że nie tylko u nas tak jest! Są dzieci, które kochają wózki, i takie, które na sam widok gondoli krzyczą w niebogłosy. Choć ta druga opcja bywa trudniejsza, akceptacja tego faktu przynosi prawdziwy spokój.
A Wy? Macie w swoim macierzyństwie sytuacje, które po prostu zaakceptowałyście? Czy są rzeczy, z którymi nadal ciężko Wam się pogodzić? Czy są tu inne mamy „anty-wózkowych” dzieciaków? 😊
Dajcie znać w komentarzach, jestem bardzo ciekawa Waszych historii!
Ściskam Was mocno,
Mama Ania :)