Dr Jerzy Lewko

Dr Jerzy Lewko Lekarz specjalista rehabilitacji i medycyny rodzinnej. Koordynator Oddziału Rehabilitacji w Białymstoku. Medycyna, która przywraca harmonię.

Leczę holistycznie, łącząc wiedzę kliniczną z naturą: ruch, dieta i suplementacja.

Biochemiczny hamulec: Dlaczego jelita nie goją się, mimo idealnej diety? (3-5 dni, które zmieniają wszystko)Zauważam to ...
04/01/2026

Biochemiczny hamulec: Dlaczego jelita nie goją się, mimo idealnej diety? (3-5 dni, które zmieniają wszystko)

Zauważam to u siebie bardzo często. Sytuacja stresowa mija, głowa niby już spokojna, a brzuch? Brzuch dochodzi do siebie jeszcze przez dwa, trzy dni. Czuć, że tkanki w środku oberwały i potrzebują czasu, żeby wrócić na właściwe tory.

Zastanawiało mnie to długo, aż wreszcie klocki się połączyły, a literatura naukowa dała na to twarde dowody.

Mechanizm jest tutaj brutalny i precyzyjny. Tak działa nasz organizm na poziomie komórkowym.
Kluczem jest CRH (hormon uwalniający kortykotropinę). Kiedy w głowie toczy się konflikt – czy to złość, uraza, czy przewlekłe napięcie – mózg uwalnia CRH. Problem polega na tym, że ten hormon nie zostaje w układzie nerwowym. Wędruje osią mózg-jelita prosto do przewodu pokarmowego.

Tam CRH działa jak zapalnik. Aktywuje bezpośrednio komórki tuczne (mastocyty), które w reakcji obronnej wyrzucają histaminę i proteazy. Efekt jest natychmiastowy: bariera jelitowa się rozszczelnia, a połączenia ścisłe puszczają. Robi się sito, nawet jeśli na talerzu ląduje najzdrowsze jedzenie.

Jest jednak informacja, która zmienia postrzeganie leczenia.

Nabłonek jelit to jedna z najszybciej regenerujących się tkanek w ludzkim ciele. Komórki te wymieniają się całkowicie w ciągu 3 do 5 dni.

Teoretycznie co kilka dni mamy nową, świeżą wyściółkę jelita.

Dlaczego więc problemy jelitowe ciągną się latami?
Ponieważ jeśli głowa nie puszcza, a stres jest przewlekły, ten proces regeneracji jest nieustannie sabotowany. To jak próba murowania ściany pod ciągłym ostrzałem. Nowe komórki powstają, ale CRH i kortyzol uszkadzają je, zanim zdążą stworzyć szczelną strukturę.

Wniosek jest jeden.

Nie da się skutecznie wyleczyć przewodu pokarmowego, pomijając to, co dzieje się w układzie nerwowym. To naczynia połączone. Uporządkowanie głowy czy wybaczenie to nie kwestia światopoglądu, ale biologiczna konieczność. Chodzi o odcięcie dopływu substancji prozapalnych do jelit.

Dopóki układ współczulny jest nadaktywny, jelita nie mają szansy skorzystać z tego 3-dniowego okna regeneracyjnego. Dopiero spokój i aktywacja nerwu błędnego stwarzają warunki do realnej odbudowy tkanki.

Warto o tym pamiętać, szukając kolejnego suplementu. Czasem kluczem jest zamknięcie starych spraw w głowie, żeby biochemia mogła wrócić do normy.

Zauważacie ten poślizg czasowy między stresem a reakcją brzucha u siebie?

Temat jest szeroki i poparty wieloma badaniami. Jeśli ktoś chce wejść głębiej w te zależności i posłuchać rozmowy, która świetnie to obrazuje, polecam materiał z dr. Willem Bulsiewiczem. To ponad godzina wiedzy o tym, jak czynniki psychiczne zmieniają mikrobiom i barierę jelitową. Warto posłuchać, link znajduje się w pierwszym komentarzu pod postem👇

Niski poziom D3? Badania na szczepionkach ujawniają prawdęCzęsto słyszę że witaminy to tylko dodatek. Nic bardziej mylne...
01/01/2026

Niski poziom D3? Badania na szczepionkach ujawniają prawdę

Często słyszę że witaminy to tylko dodatek. Nic bardziej mylnego co potwierdzają twarde badania kliniczne nad szczepieniami przeciw grypie u dzieci. Naukowcy sprawdzali jak organizm reaguje na antygen czyli na "wroga" gdy poziom witaminy D3 i A leży na podłodze.

Wyniki badania zespołu Patel są bardzo wymowne.

Dzieci które miały niskie poziomy OBU witamin i dostały placebo miały dramatycznie słabą odpowiedź odpornościową. Ich organizm praktycznie nie podjął walki o wytworzenie przeciwciał.

Natomiast w grupie która przy tych samych podwójnych niedoborach otrzymała wsparcie witaminą A i D3 (odpowiednio 20 000 i 2000 jednostek) skuteczność wytworzenia ochronnych mian przeciwciał była wielokrotnie wyższa (sięgając 67% w kluczowych wskaźnikach).

Co to oznacza w praktyce.

Szczepionka to dla układu odpornościowego poligon doświadczalny – działa podobnie jak pierwszy kontakt z wirusem. Wnioski nasuwają się same: jeśli masz niedobory (a zimą to standard) to bez wsparcia organizm może być "ślepy" na zagrożenie i nie uruchomić obrony na czas.

Dlatego ten mechanizm warto wykorzystać na start choroby.
Gdy czujesz że coś cię bierze a wiesz że nie masz nasyconego D3 to wchodzimy z witaminą D (np. 4000-8000 j.) ale kluczowe może być dodanie witaminy A. I to konkretnie witaminy (retinolu) a nie beta-karotenu w dawce około 20 000 jednostek. To na początek a w kolejnej fazie gdy już zdrowiejemy dobrze jest zastąpić witaminę A beta-karotenem (20 000 j. jest bezpieczne do dłuższej suplementacji).

Badanie pokazało że to właśnie status witamin w momencie "ataku" (tu: szczepienia) decyduje o sile odpowiedzi. Organizm potrzebuje tych narzędzi żeby w ogóle ruszyć z miejsca.

Nie czekaj aż witamina D3 sama urośnie bo to trwa tygodnie. Uzupełnij braki natychmiastowo witaminą A i D3 żeby dać sygnał do obrony. To biochemia potwierdzona klinicznie.

Zdrowia i mądrych wyborów.

Źródło: Patel et al., Viruses 2019
Link do badania w pierwszym komentarzu pod postem 👇

Bierzesz witaminę D3 i nadal chorujesz? Poznaj jej „cichego partnera”, bez którego Twoja odporność śpi.Sezon infekcyjny ...
31/12/2025

Bierzesz witaminę D3 i nadal chorujesz? Poznaj jej „cichego partnera”, bez którego Twoja odporność śpi.

Sezon infekcyjny trwa w najlepsze, a Ty, mimo łykania witaminy D3, wciąż czujesz, że Twój układ odpornościowy nie pracuje na pełnych obrotach. Zastanawiasz się czasem, dlaczego w chorobach autoimmunologicznych samo podbijanie poziomu witaminy D często nie przynosi spektakularnych efektów, o jakich pisze się w literaturze?

Odpowiedź ukryta jest głęboko w jądrach Twoich komórek i dotyczy mechanizmu, o którym rzadko usłyszysz w gabinecie, a który zmienia zasady gry. Okazuje się, że witamina D to samotny gracz, który bez odpowiedniego partnera jest częściowo bezradny.

Musimy zrozumieć jedną fascynującą rzecz. Witamina D, którą tak pieczołowicie suplementujemy, łączy się w komórce ze swoim receptorem VDR. Jednak ten receptor nie potrafi działać w pojedynkę. Aby uruchomić w DNA geny odpowiedzialne za odporność i wygaszanie stanów zapalnych, receptor witaminy D musi „chwycić za rękę” innego partnera – receptor RXR. I tutaj pojawia się sedno problemu, bo receptor RXR bardzo często jest uśpiony. Żeby się obudził i zaczął współpracować z witaminą D, potrzebuje swojego własnego paliwa. Tym paliwem jest witamina A. Bez niej witamina D próbuje otworzyć drzwi do odporności, ale nie ma siły przekręcić klucza. To dlatego w chorobach z autoagresji, gdzie walka toczy się o wyciszenie nadreaktywnego układu odpornościowego, duet witamina D plus witamina A działa o niebo lepiej niż każdy z nich osobno.

Wielu z Was pewnie słyszało mit, że witamina A blokuje działanie witaminy D. Rzeczywistość jest bardziej fascynująca: choć w pewnych specyficznych procesach (jak np. kierowanie komórek odpornościowych do różnych tkanek) mogą ze sobą konkurować, to w kluczowych dla zdrowia obszarach – takich jak ochrona bariery jelitowej, zdrowie kości czy walka z infekcjami – działają jak dwie uzupełniające się połowy jednego systemu. Nowoczesna biochemia pokazuje, że w tych strategicznych punktach nie tylko nie walczą, ale wręcz wzmacniają nawzajem swoje działanie, tworząc zgrany duet obronny.

Problem leży jednak w bezpieczeństwie. Czysta witamina A, czyli retinol, w dużych dawkach może być toksyczna i niebezpieczna, dlatego boimy się ją suplementować w sposób zupełnie spontaniczny. Tutaj z pomocą przychodzi nam natura i jej genialny bezpiecznik – beta-karoten.

To prowitamina, z której Twój organizm sam wytwarza dokładnie tyle witaminy A, ile potrzebuje w danej chwili, a resztę bezpiecznie utylizuje. Nie da się go przedawkować tak łatwo jak retinolu.
Strategia, która wynika z badań nad tą synergią, jest prosta i bezpieczna. Jeśli walczysz z chorobą autoimmunologiczną lub po prostu chcesz wzmocnić barierę przed wirusami, obok solidnej dawki witaminy D3 warto postawić słoiczek z beta-karotenem. Dawka rzędu 20 000 jednostek (czyli ok. 12 mg) beta-karotenu dziennie jest bezpiecznym buforem. Organizm przekształci z tego tylko ułamek w aktywną witaminę A, ale to wystarczy, by obudzić receptor RXR i pozwolić witaminie D działać z pełną mocą, tworząc potężny parasol ochronny i stymulując komórki regulatorowe, które wyciszają stan zapalny.

Oczywiście ta orkiestra potrzebuje jeszcze kilku instrumentów, o czym nie wolno zapominać. Cały ten proces genetyczny zużywa mnóstwo magnezu, więc bez niego ani rusz.

Cynk działa tu jak katalizator, przyspieszając reakcje obronne, selen chroni tarczycę i komórki przed stresem oksydacyjnym, a witamina K2 MK7 pilnuje, by wapń trafiał do kości, a nie do tętnic. Jednak to właśnie duet D3 i witaminy A (z bezpiecznego beta-karotenu) jest tym fundamentem, o którym zapominamy najczęściej.

Zamiast więc śrubować dawkę samej witaminy D w nieskończoność, warto czasem po prostu dać jej partnera do współpracy. Wasze zdrowie jest sumą mądrych decyzji, a nie pojedynczych tabletek.

Zastrzeżenie: Powyższy tekst ma charakter wyłącznie edukacyjny i opiera się na analizie dostępnych badań naukowych. Nie stanowi porady medycznej. Przed włączeniem suplementacji, zwłaszcza w przebiegu chorób przewlekłych i ciąży, należy skonsultować się z lekarzem.

Jeśli lubicie opierać się na twardych dowodach, a nie domysłach – w pierwszym komentarzu zostawiam link do świeżej publikacji naukowej z 2024 roku, która pokazuje ten molekularny związek w najdrobniejszych detalach 👇

Grypa Cię dopadła, a słoiczek z witaminą D3 zbierał kurz? Nie popełnij błędu „złotego strzału” (i dlaczego lampa UV Cię ...
30/12/2025

Grypa Cię dopadła, a słoiczek z witaminą D3 zbierał kurz? Nie popełnij błędu „złotego strzału” (i dlaczego lampa UV Cię nie uratuje)

Znasz ten scenariusz aż za dobrze. Za oknem szaro, w biurze co druga osoba kicha, a Ty budzisz się rano z tym charakterystycznym, nieprzyjemnym łamaniem w kościach. Wtedy nagle przypominasz sobie o witaminie D3, którą obiecałeś sobie brać od września, a która stoi gdzieś głęboko w szafce.

W głowie pojawia się ten z pozoru genialny plan ratunkowy. Myślisz, że skoro Twój organizm jest „pusty”, to wystarczy wziąć jedną, potężną dawkę – 100 tysięcy, a może nawet 300 tysięcy jednostek naraz – żeby błyskawicznie naładować akumulatory i zdusić infekcję w zarodku. Do tego może jeszcze szybka sesja pod lampą UV, żeby „doświetlić” system.

Niestety, biologia człowieka to nie matematyka, a nasz organizm nie działa jak samochód, który można zatankować pod korek w pięć minut i odjechać z piskiem opon.

Musimy zrozumieć, co dzieje się w Twoim ciele po połknięciu tabletki, by nie dać się zwieść mitom. Witamina D3 ze sklepu czy apteki, czyli cholekalcyferol, jest substancją całkowicie nieaktywną. To dopiero surowiec. Aby Twój układ odpornościowy mógł z niej skorzystać, musi ona przejść przez „fabrykę” w wątrobie. Wyobraź sobie swój organizm jako wielki zbiornik na wodę z dwoma kranami.

Pierwszy kran to wlot – wątroba, która pracowicie przerabia zwykłą witaminę D3 w formę 25(OH)D (tę, którą badasz we krwi). Ten proces jest powolny i stabilny – zajmuje od 12 do nawet 48 godzin. Drugi kran to odpływ bezpieczeństwa – enzymy (głównie CYP24A1), które niszczą nadmiar witaminy, żeby nie zrobiła Ci krzywdy.
Kiedy wrzucasz w siebie gigantyczną dawkę 300 tysięcy jednostek, organizm nie mówi „dziękuję”, tylko włącza alarm. Widząc nagły skok stężenia, szeroko otwiera kran odpływowy i zaczyna niszczyć witaminę szybciej, niż wątroba zdąży ją przetworzyć. W rezultacie, zamiast błyskawicznego efektu odpornościowego, tracisz większość dawki, a poziom we krwi rośnie powoli, osiągając stabilizację dopiero po 6-8 tygodniach. W stanie ostrej infekcji nie masz tygodni – masz godziny.

Tutaj dochodzimy do miejsca, gdzie wiedza ratuje zdrowie. Jeśli mleko się rozlało i musisz działać natychmiast, kluczem jest ominięcie wątrobowego „wąskiego gardła”. Istnieje forma witaminy D, która jest już wstępnie przetworzona – to kalcyfediol. Jest to ten sam metabolit, który normalnie produkuje wątroba, ale podany w gotowej formie. Jego przyjęcie sprawia, że poziom we krwi nie rośnie tygodniami, ale osiąga szczyt w ciągu zaledwie 4 do 6 godzin stabilizując się po około 7 dniach.

To jest ta „szybka ścieżka”, która w badaniach klinicznych nad pacjentami z infekcjami (w tym COVID-19) dawała spektakularne efekty. W protokołach ratunkowych stosuje się zazwyczaj na start dawkę rzędu 0,532 mg (co odpowiada ok. 532 mikrogramom), a następnie kontynuuje dawkę 0,266 mg w 3., 7. dniu i potem raz w tygodniu. Taka strategia pozwala nasycić organizm niemal natychmiast, dając komórkom odpornościowym gotową amunicję.

Wielu z nas nie ma jednak w domowej apteczce kalcyfediolu, a w Polsce jest on dostępny na receptę.

Co wtedy? Nie poddawaj się, tylko działaj mądrze klasyczną witaminą D3. Zamiast liczyć na cud po jednej tabletce, zastosuj dawkę nasycającą, ale rozłożoną w czasie. Badania sugerują, że wzięcie 50 000 do 100 000 jednostek (np. rozbite na dwa dni) jako "uderzenie startowe", a potem natychmiastowe przejście na 4000–10000 jednostek dziennie, jest lepsze niż czekanie. To wciąż droga wolniejsza niż kalcyfediol, ale najlepsza z domowych metod.

Pamiętaj jednak, że ta maszyneria stanie w miejscu bez paliwa, jakim jest magnez. Enzymy aktywujące witaminę D są magnezo-zależne. Bez osłony w postaci 300–400 mg magnezu (oraz wsparcia cynku i selenu), nawet tona witaminy D nie zadziała poprawnie.

A co z naświetlaniem? Może masz w domu lampę UVB i myślisz, że to będzie najszybsza droga?

Niestety, to kolejny mit w kontekście ostrych infekcji. Owszem, skóra produkuje witaminę D3 pod wpływem pasma UVB, ale ma wbudowany limit, zwany fotosaturacją. Po około 15–30 minutach naświetlania produkcja staje w miejscu – dalsze leżenie pod lampą nie zwiększa poziomu witaminy, a jedynie ryzyko oparzenia.

Co gorsza, witamina wyprodukowana w skórze również jest nieaktywna i musi trafić do wątroby, dokładnie tak samo jak ta z tabletki. Ten proces zajmuje tyle samo czasu. Lampy są genialne w profilaktyce i u osób, które nie wchłaniają tabletek z jelit, ale w momencie, gdy masz 39 stopni gorączki, naświetlanie nie da Ci szybkiego efektu, którego potrzebujesz „na wczoraj”.

Podsumowując tę lekcję pokory wobec biologii: nie walcz z systemem, tylko go zrozum. Najlepszą drogą jest dbanie o poziom witaminy D przez cały rok, celując w stężenie 50–90 ng/ml. Ale jeśli powinęła Ci się noga, nie wpadaj w pułapkę mega dawek cholekalcyferolu, które organizm w większości zutylizuje. Szukaj kalcyfediolu dla efektu w kilka godzin, a jeśli go nie masz – ładuj mądrze D3 w towarzystwie magnezu i innych kofaktorów, wiedząc, że na efekt trzeba chwilę poczekać.

Zastrzeżenie: Powyższy tekst ma charakter wyłącznie edukacyjny i opiera się na analizie dostępnych badań naukowych oraz literatury medycznej. Nie stanowi porady medycznej, diagnozy ani zalecenia leczenia. W przypadku infekcji, podejrzenia niedoborów lub chęci zmiany dawkowania leków i suplementów, należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.

Dla tych, którzy chcą zgłębić temat u źródła i zobaczyć twarde dane – w pierwszym komentarzu zostawiam link do kluczowej pracy naukowej, która czarno na białym pokazuje te mechanizmy👇

Boisz się, że cukier wystrzelił, a krew niebezpiecznie gęstnieje? Nie pozwól, by jeden weekend zniszczył miesiące Twojej...
28/12/2025

Boisz się, że cukier wystrzelił, a krew niebezpiecznie gęstnieje? Nie pozwól, by jeden weekend zniszczył miesiące Twojej pracy.

Święta minęły a w głowie wielu osób pojawia się ten charakterystyczny niepokój i strach że cała ta ciężka praca włożona w regulowanie cukrzycy czy poprawę wyników krwi poszła na marne przez te kilka dni biesiadowania.

Czujesz, że ociężałe nogi są jak z ołowiu a w tyle głowy kołacze myśl o zatorach i o tym że to wszystko może się źle skończyć. To nie jest tylko kwestia psychiki bo organizm w tym momencie faktycznie jest przeciążony i warto wiedzieć co się dzieje w środku żeby móc temu zaradzić bez paniki ale skutecznie.

Kluczowy problem pojawia się wtedy kiedy jemy nie tylko tłusto i dużo ale przede wszystkim tłusto, dużo i słodko. To właśnie ta wybuchowa mieszanka jest najbardziej niszcząca. Nasze komórki mięśniowe zostają wtedy dosłownie zalane kwasami tłuszczowymi oraz nadmiarem cukru i w pewnym momencie mówią dość zamykając się na działanie insuliny.

To zjawisko lipotoksyczności połączonej z glikotoksycznością sprawia że cukier krąży we krwi nie ma gdzie wejść i robi się niebezpiecznie bo wysoka glikemia plus stan zapalny sprawiają że krew zmienia swoje właściwości i staje się gęstsza.
Organizm w takim stanie stresu metabolicznego zaczyna produkować w nadmiarze białko PAI-1 które jest swego rodzaju hamulcem dla naszych naturalnych mechanizmów rozpuszczania skrzepów i właśnie dlatego ryzyko incydentów zakrzepowych rośnie po takich okresach.

Moim zdaniem kluczem jest tutaj spokojne podejście i zastosowanie protokołów o których nauka mówi coraz głośniej a które nie wymagają od nas heroizmu tylko zrozumienia mechanizmów.

Bardzo ważnym elementem jest tutaj praca mięśnia płaszczkowatego łydki i wcale nie chodzi o bieganie maratonów tylko o specyficzne poruszanie stopami podczas siedzenia. Siedzisz wygodnie kolana zgięte i rytmicznie unosisz same pięty do góry opuszczając je z powrotem tak żeby palce cały czas miały kontakt z podłożem co aktywuje ten mięsień w sposób tlenowy i pozwala spalać glukozę z krwi bez angażowania insuliny co jest genialnym wsparciem dla obciążonego metabolizmu.

Drugim filarem o którym chcę wspomnieć jest wsparcie enzymatyczne bo skoro organizm ma zablokowaną zdolność rozpuszczania fibryny to warto mu pomóc z zewnątrz stosując nattokinazę. Z mojego doświadczenia wynika że dawka rzędu 2000 do nawet 4000 FU przyjmowana koniecznie na noc na pusty żołądek działa najlepiej bo wtedy enzym ten ma czas żeby popracować nad fibryną i wspomóc przepływ krwi kiedy my śpimy i regenerujemy się.

Jednak absolutnie najpotężniejszym narzędziem jakie mamy jest nasz własny mikrobiom i substancja którą on produkuje czyli indolo-3-propionian (IPA). Badania pokazują że ten związek ma potężne działanie przeciwzakrzepowe i uszczelniające jelita ale żeby bakterie go wytworzyły musimy im stworzyć odpowiednie warunki.

Tutaj wchodzi post celowany trwający od 36 do 48 godzin.

Wiele osób boi się że nie wytrzyma bez jedzenia ale naukowcy wykazali że spożywanie w tym czasie niewielkich ilości pokarmu do około 800 kcal na dobę nie przerywa istotnie dobroczynnych procesów więc można zjeść odrobinę zupy warzywnej czy orzechów i nadal stymulować produkcję IPA.

To właśnie ten czas głodzenia jest sygnałem dla mikrobiomu żeby zaczął nas naprawiać. Co więcej po zakończeniu postu kluczowe jest utrzymanie tego efektu poprzez dietę śródziemnomorską bogatą w błonnik i rośliny strączkowe bo to jest paliwo które pozwala bakteriom dalej produkować ten ochronny czynnik przeciwzakrzepowy na co dzień.

Niezwykle ważne jest też to jak z takiego postu wychodzimy bo rzucenie się od razu na węglowodany to proszenie się o kłopoty.

Z mojego doświadczenia najlepszą metodą jest rozpoczęcie od posiłku białkowego z niewielkim dodatkiem tłuszczu na przykład kawałek gotowanego mięsa czy jajka z łyżką oliwy z oliwek i odczekanie kilku godzin. Dopiero wtedy gdy insulina jest pod kontrolą możemy powoli wprowadzać do posiłku węglowodany złożone w postaci warzyw wraz z białkiem i zdrowymi tłuszczami, co pozwala na uniknięcie szoku metabolicznego.

Dzielę się tym jako osoba która testuje te rozwiązania na sobie i widzi ich sens w oparciu o literaturę naukową ale pamiętajcie że to nie jest porada medyczna tylko wymiana doświadczeń i każdą zmianę w diecie czy suplementacji warto skonsultować ze swoim lekarzem prowadzącym szczególnie jeśli przyjmujecie leki na stałe.

Link do badań o których wspomniałem znajdziecie w pierwszym komentarzu poniżej 👇.

Zanim pękniesz przy stole... Przeczytaj to (przed kolejnym sernikiem) 🍰🛑Jest 17:00. Pierwszy dzień świąt.Nie oszukujmy s...
25/12/2025

Zanim pękniesz przy stole... Przeczytaj to (przed kolejnym sernikiem) 🍰🛑

Jest 17:00. Pierwszy dzień świąt.
Nie oszukujmy się – to jest ten moment, kiedy guzik w spodniach zaczyna walczyć o życie, sałatka jarzynowa patrzy na nas z wyrzutem, a wujek właśnie wyciąga „tą lepszą” nalewkę. Siedzimy, jest miło, jest rodzinnie, ale ciało po cichu krzyczy: litości.

Znam to uczucie doskonale. Człowiek by jeszcze posiedział, ale brzuch mówi „stop”.

Zanim więc padniecie na kanapę w trybie „nie ruszaj mnie”, zróbcie szybki rajd do kuchni. Serio, ratunek często leży między słoikami, a nie w apteczce. Sprzedam Wam mój prywatny, lekarski „survival kit”, który stawia na nogi szybciej niż kolejna kawa.

Po pierwsze: imbir.

Jak czujecie, że jedzenie zaparkowało w żołądku i ani myśli ruszyć dalej (to się fachowo nazywa gastropareza, ale mniejsza o nazwy), to imbir jest Waszym najlepszym przyjacielem. To naturalny prokinetyk – taka miotła, która popycha treść pokarmową w dół. Kilka plasterków do herbaty i nagle czuć ulgę.

Po drugie: duet do zadań specjalnych, czyli pieprz i karczoch.

Jeśli było tłusto (a było, nie czarujmy się), wątroba potrzebuje wsparcia. Karczoch, a konkretnie cynaryna, odkręca kurek z żółcią, która trawi ten cały majonez.
A pieprz? Piperyna to turbo-doładowanie trawienia. Tylko mała uwaga przy stole: pieprz podkręca wchłanianie wszystkiego. Alkoholu też. Więc jak sypniecie pieprzem i popijecie winem, to szum w głowie może pojawić się szybciej. Uważajcie z tą mieszanką ;)

I teraz hit, który może Was zdziwić u lekarza: Cola. Ale ta Zero.

Czasem, jak czuć w żołądku „kamień” i nic nie pomaga, pół szklanki coli z kwasem ortofosforowym potrafi zadziałać jak hydraulik na rury. Rozpuszcza zastoje i przynosi ulgę. Byle bez cukru, żeby nie dokładać fermentacji.

A jak już jelita zaczynają grać marsza i czujecie, że to nie tylko przejedzenie, ale lekki bunt na pokładzie – diosmektyt (czyli popularna smecta).
To taki inteligentny odkurzacz, który zbierze co trzeba i uspokoi sytuację.

Ale wiecie co działa najlepiej? Nawet lepiej niż te wszystkie moje patenty?

Spacer.

Mechanika chodu masuje jelita lepiej niż jakikolwiek lek. Więc dopijamy herbatę, bierzemy kurtki i wyciągamy rodzinę na powietrze.

Trzymajcie się ciepło i... lekko! Wesołego dalszego ciągu świętowania! 🎄❄️

Niech te Święta będą pełne tego, co prawdziwe i nieprzemijające ❄️.​Niech przy świątecznym stole nie zabraknie dobrych s...
24/12/2025

Niech te Święta będą pełne tego, co prawdziwe i nieprzemijające ❄️.

​Niech przy świątecznym stole nie zabraknie dobrych słów i wzajemnego zrozumienia, a cud Bożego Narodzenia przypomni o tym, jak wielkim darem jest życie ❤️.

​Niech ten wyjątkowy czas przyniesie wiele łask oraz głębokiego, duchowego wytchnienia.

​Błogosławionego świętowania! 🎄

Masz magnez w normie? To biologiczne kłamstwo, które może zepsuć Twoją kurację witaminą D3.Cieszę się, że informacja o k...
21/12/2025

Masz magnez w normie? To biologiczne kłamstwo, które może zepsuć Twoją kurację witaminą D3.

Cieszę się, że informacja o konieczności stosowania wyższych dawek witaminy D3 dotarła do tak wielu osób. To ogromny krok w stronę zdrowia. Jednak w tym entuzjazmie czai się pewna pułapka w którą wpada wiele osób a potem niesłusznie obwinia witaminę za złe samopoczucie.

Scenariusz zazwyczaj wygląda tak. Zwiększamy dawkę D3 do poziomu 4000 czy 8000 j. lub więcej. Po tygodniu zamiast energii pojawia się rozdrażnienie, kołatanie serca, drganie powieki albo problemy ze snem.

Pierwsza myśl?

"Witamina D mi szkodzi!".
Prawda jest zupełnie inna. To nie witamina szkodzi tylko właśnie skończyło się paliwo niezbędne do jej obsługi. Witamina D3 nie działa w próżni. Aby przekształcić się z formy nieaktywnej (tej z kapsułki lub słońca) w formę aktywną, która chroni odporność, organizm musi przeprowadzić skomplikowane procesy enzymatyczne. Paliwem dla tych enzymów jest właśnie magnez.

Gdy wrzucamy na wysokie obroty suplementację D3, zapotrzebowanie na magnez rośnie lawinowo. Jeśli w tkankach są braki, witamina D3 "kradnie" ostatnie rezerwy magnezu żeby w ogóle zadziałać.

Efekt?

Serce i układ nerwowy zostają bez swojego kluczowego pierwiastka i zaczynają protestować.
I tu pojawia się najgroźniejszy mit. Wiele osób mówi: "Ale badałem magnez we krwi i mam w normie!".

Niestety to badanie często usypia czujność. W surowicy krwi znajduje się zaledwie 1% całego magnezu ustrojowego. Organizm zrobi wszystko żeby ten 1% był stały bo od tego zależy praca serca. Będzie wyciągał magnez z kości, mięśni i mózgu byle tylko wynik we krwi się zgadzał. Można mieć więc "idealny" wynik na papierze a jednocześnie komórkowy głód magnezu, który objawia się właśnie skurczami czy lękiem.

Dlatego przy suplementacji witaminą D3 nie warto czekać na objawy niedoboru ani sugerować się tylko badaniem z krwi. Moim zdaniem magnez jest obowiązkowym towarzyszem witaminy D. Warto wybierać formy organiczne jak cytrynian, glicynian czy taurynian, a unikać słabo wchłanialnego tlenku.
Dopiero ten duet – D3 plus magnez – pozwala czerpać korzyści bez przykrych niespodzianek.

Nie leczmy jednego psując drugie. Traktujmy fizjologię jako system naczyń połączonych.

👇 W pierwszym komentarzu zostawiam link do filmu, w którym wyjaśniam, dlaczego magnez "ucieka" z organizmu i jak insulinooporność oraz leki na zgagę dziurawią to wiadro. 👇

Statystyczna pomyłka - 800 jednostek D3? Tyle wystarczy, by nic się nie zmieniło. To odkrycie wstrząsnęło światem nauki,...
18/12/2025

Statystyczna pomyłka - 800 jednostek D3? Tyle wystarczy, by nic się nie zmieniło.

To odkrycie wstrząsnęło światem nauki, choć wciąż zbyt wolno przebija się do świadomości opinii publicznej. W 2014 roku na łamach prestiżowego czasopisma „Nutrients” badacze z University of Alberta (Veugelers i Ekwaru) zdemaskowali błąd matematyczny, który od lat rzutuje na zdrowie miliardów ludzi.

Wykazano, że Instytut Medyczny (IOM) popełnił kardynalną pomyłkę w obliczeniach, zaniżając zalecane dawki witaminy D3 co najmniej dziesięciokrotnie. Ta statystyczna wpadka sprawia, że standardowe wytyczne nie chronią przed chorobami, a jedynie utrzymują nas w stanie permanentnego niedoboru, co rzuca zupełnie nowe światło na to, dlaczego mimo suplementacji dawkami „standardowymi”, wyniki badań krwi u większości osób nadal wyglądają tak słabo. To nie jest kwestia oporności organizmu, ale czystej matematyki i błędu, który od lat powiela się w oficjalnych wytycznych, ignorując realne potrzeby fizjologiczne człowieka.

Statystyczny błąd, który kosztuje nas zdrowie, polega na tym, że instytucje wyliczające zapotrzebowanie na poziomie 600–800 IU pomyliły średnią populacyjną z potrzebami konkretnego człowieka. Analizy naukowe jasno wskazują, że dawka ta zapewnia właściwy poziom witaminy D3 we krwi u zaledwie garstki osób, a nie u 97,5% populacji, jak błędnie zakładano.

Dla zdecydowanej większości taka ilość to prosta droga do głębokiego niedoboru, ponieważ zapotrzebowanie organizmu zostało zaniżone dramatycznie, co uniemożliwia osiągnięcie stężeń o charakterze terapeutycznym.

Wiele osób przyjmuje zapobiegawczo 2000 IU dziennie, wierząc, że to wystarczy, jednak biologia mówi co innego. Aby realnie osiągnąć bezpieczny poziom powyżej 50 nmol/L u niemal każdego, zapotrzebowanie może wynosić nawet około 8 000 – 9 000 IU na dobę.

Wynika to z faktu, że większość czasu spędza się wewnątrz budynków, a wraz z wiekiem skóra produkuje witaminę D3 znacznie wolniej. Dodatkowo tkanka tłuszczowa skutecznie „więzi” tę witaminę, co przy nadwadze drastycznie zwiększa zapotrzebowanie, o czym często zapomina się w standardowych zaleceniach.

Prawidłowy poziom witaminy D3 to nie tylko profilaktyka krzywicy, ale fundament sprawnego układu odpornościowego, ochrony serca i kluczowy element profilaktyki nowotworowej. Badania pokazują, że optymalne stężenie wiąże się ze znacznym spadkiem ryzyka rozwoju cukrzycy i lepszymi rokowaniami w chorobach onkologicznych.

Jednak samo przyjmowanie witaminy D3 to tylko połowa sukcesu, ponieważ organizm potrzebuje konkretnych narzędzi, aby ją aktywować i bezpiecznie metabolizować.

Najważniejszym kofaktorem jest magnez, który stanowi niezbędny element pracy enzymów hydroksylazy w wątrobie i nerkach. Bez niego witamina D3 pozostaje biologicznie bezużyteczna, a przyjmowanie wysokich dawek może wręcz uszczuplać zapasy magnezu w organizmie, co prowadzi do skurczów czy zaburzeń rytmu serca.

Równie istotna jest witamina K2 (MK-7), która pełni rolę strażnika gospodarki wapniowej. Dba ona o to, by wapń wchłonięty dzięki witaminie D3 trafiał do kości, a nie odkładał się w naczyniach krwionośnych, co chroni przed zwapnieniami i dba o elastyczność tętnic przy stosowaniu większych porcji suplementu.

Proces ten wspierają także bor i cynk, które stabilizują receptory witaminy D (VDR) w komórkach, umożliwiając jej realne działanie na geny.

Dodatkowo witamina A współpracuje z D3 na poziomie receptorowym, dbając o równowagę immunologiczną i chroniąc przed ewentualną toksycznością.

Warto patrzeć na zdrowie świadomie, opierając się na faktach i szacunku do mechanizmów biologicznych, a nie tylko na utartych schematach, które bywają zawodne. Taka mądra suplementacja, uwzględniająca synergię składników, to najlepsza inwestycja w sprawne życie.

Więcej szczegółów, link do wspomnianej pracy naukowej oraz krótki poradnik o tym, jak realnie uzupełnić witaminę D3 poprzez dietę, słońce i specjalistyczne lampy, znajdziesz w pierwszym przypiętym komentarzu pod tym postem.

Znam to spojrzenie pacjentów w moim gabinecie. Uczucie, że ręka stała się obcym, sztywnym, "martwym" przedmiotem, nad kt...
16/12/2025

Znam to spojrzenie pacjentów w moim gabinecie. Uczucie, że ręka stała się obcym, sztywnym, "martwym" przedmiotem, nad którym nie masz kontroli. To boli psychicznie bardziej niż fizycznie.

Ale jako lekarz muszę Ci powiedzieć coś brutalnie szczerego:
Akceptacja tego stanu to błąd medyczny, który sam na sobie popełniasz.

Ta "sztywność" to nie jest ostateczny wyrok. To objaw zaburzonej komunikacji na linii mózg-mięsień. Twój mózg jest neuroplastyczny – to znaczy, że można go "zmusić" do odbudowania utraconych ścieżek.

Ale nie zrobisz tego przypadkowym ściskaniem piłeczki. Potrzebujesz precyzyjnych bodźców.
Dlatego nagrałem wideo, które uderza w ten największy lęk.

Pokażę Ci 4 konkretne, fizjologiczne ćwiczenia, których jedynym celem jest przełamanie spastyczności i dosłowne OBUDZENIE "martwej" ręki.

To medycyna i Twoja praca własna. Nie pozwól, by sztywność z Tobą wygrała.

🎬 Gdzie obejrzeć film?
Link do pełnego materiału wideo zamieszczam w PIERWSZYM KOMENTARZU poniżej. 👇👇👇
Kliknij i zacznij proces odzyskiwania kontroli.

Adres

Ulica Sw. Rocha 7 M 13
Białystok
15-879

Telefon

+48604974985

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Dr Jerzy Lewko umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Dr Jerzy Lewko:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram