25/08/2025
Kursy masażu, w których biorę udział, są bardzo różne. Olejowe, 'suche', w ubraniach. Łatwiejsze, trudniejsze. Wymagające fizycznie (np. 10-dniowy maraton), nierzadko psychicznie - bo zawsze zachodzą jakieś procesy grupowe, zawsze mam swój indywidualny proces, coś się uwalnia, transformuje.
Na ostatnim kameralnym warsztacie u Monika K. Malon, która hojnie dzieliła się swoim długoletnim i wszechstronnym doświadczeniem w pracy z drugim człowiekiem poprzez ciało; jak holistycznie łączyć różne techniki powięziowe i nie tylko, z ze szczególnym uwzględnieniem jakości dotyku, który naprawdę nie musi boleć, żeby rozpuszczać najgłębsze napięcia i przynosić ulgę w cierpieniu.
I przyszła do mnie ponownie refleksja, że masaż, terapia dotykiem są przede wszystkim o... MIŁOŚCI. Do osoby, która leży na stole w swej bezbronności i zaufaniu do masażysty. Do siebie, jeśli to Ty na nim leżysz, ale jest Ci trudno zaufać nowemu dotykowi, bo Twoje ciało niesie historię przekroczeń, jednak Ty wyznaczasz dla niego jasne granice, żeby je chronić. Lub prosisz i opisujesz to, czego teraz potrzebuje - nawet, jeśli to oznacza nieprzećwiczenie nowych technik. Byłam w jednej z konfiguracji z Kobietą, którą poprosiłam o bardzo delikatny dotyk na sercu i głaskanie po głowie. I dokladnie to otrzymałam. A Ona popłakała się na koniec, bo zrozumiala, że jej samej trudno w sobie tę czułość przyjąć... Nasza wymiana obudziła w niej takie jakości, o których zapomniała. Piękne i magiczne to spotkanie