02/05/2026
Obraz Michała Bajsarowicza ma w sobie coś, co zatrzymuje uwagę na dłużej niż zwykłe spojrzenie.
Kobieta siedząca tyłem — bez twarzy, bez narracji narzuconej przez mimikę — zostawia przestrzeń na projekcję. Nie mówi „kim jest”, tylko „co w niej widzisz”. I właśnie w tej ciszy zaczyna się coś ważnego: kontakt z tym, co niewypowiedziane.
W pracy, którą wykonuję na co dzień, spotykam się głównie z kobietami. Z ich historiami zapisanymi nie w słowach, ale w ciele, napięciach, oddechu, sposobie wchodzenia do przestrzeni. I ten obraz zaskakująco dobrze to oddaje — moment, w którym nie trzeba nic udowadniać, nie trzeba opowiadać całej biografii, żeby zostać „zobaczoną”.
Obrazy tworzy tu przestrzeń, w której kobieta nie jest obiektem opisu, tylko punktem skupienia. Tył sylwetki nie odbiera obecności — przeciwnie, wzmacnia ją. Bo nie chodzi o to, żeby patrzeć „na nią”, tylko żeby wejść w relację z tym, co w niej nieuchwytne.
W mojej pracy to jest bardzo znajomy moment: kiedy napięcie puszcza, ciało przestaje się bronić, a kobieta przestaje być „funkcją” dla świata — opiekunką, organizatorką, tą, która dźwiga. Zostaje ktoś, kto po prostu jest.
Ten obraz działa podobnie. Nie wyjaśnia. Nie prowadzi za rękę. Raczej zatrzymuje i zostawia pytanie: ile w nas jest jeszcze przestrzeni na bycie, a nie tylko działanie.
I może właśnie dlatego tak mnie urzekł — bo w swojej prostocie przypomina o czymś, co w pracy z ciałem i kobietami wraca najczęściej: że najgłębsza zmiana zaczyna się tam, gdzie kończy się konieczność opowiadania o sobie.