12/12/2025
Ostatnie dni w NeuroPrzestrzeni to było jedno wielkie pakowanie. Kartony, prezenty, segregacja darów, karteczki, listy, dopinanie wszystkiego na ostatni guzik. W placówce był bałagan totalny. Taki roboczy, prawdziwy. Czasem trzeba było na moment przerwać sesję, bo ktoś właśnie przyniósł torby z darami, ktoś inny poprosił o karton, a jeszcze ktoś chciał tylko zostawić paczkę „na szybko” i pobiec dalej.
Mogło to komuś przeszkadzać.
Ale nie przeszkadzało.
Bo dzieci widziały w tym coś ważnego. Uczyły się pomagania nie z teorii. Widziały to na własne oczy. Drzwi praktycznie się nie zamykały. Przychodzili różni ludzie: niektórzy znajomi, inni zupełnie obcy, czasem nawet osoby, które możecie kojarzyć z telewizji czy mediów. Jedni przynosili torby z jedzeniem, inni środki higieniczne, pastę do zębów, kartony, drobiazgi, a ktoś przyniósł też większe rzeczy. Dzieci patrzyły na to i chłonęły: że ludzie chcą pomagać, że dobro potrafi krążyć, że nawet jeśli się nie znamy, możemy działać jak jedność.
W tym wszystkim poznaliśmy historię pana Gustawa i jego dzieci. Dzieci usłyszały i zobaczyły, że życie bywa trudne. Że czasem marzeniem na święta nie są zabawki, tylko pełna lodówka. Że dzieciom potrafi wystarczyć jedna zabawka albo walizka z przyborami, a nie milion gadżetów. To była lekcja, której nie da się „wytłumaczyć” – ją trzeba zobaczyć i poczuć.
I co ważne: nie było zazdrości. Nie było „o, oni dostaną konsolę”. Była radość współdziałania. Było poczucie sensu, że robimy coś razem.
Nawet te grupy, w których na co dzień pracujemy z dziećmi hałaśliwymi, impulsywnymi, mającymi trudność z kontrolą złości, tego dnia na chwilę usiadły. Zatrzymały się. Skupiły. I wtedy powstało coś, co dla mnie jest jednym z najpiękniejszych momentów tego czasu.
Dzieci zaczęły pisać kartki. Życzenia dla dziewczynek. Kilka słów do ich taty. Każde coś od siebie. Prosto z serca. I właśnie wtedy stało się jasne, że pomoc nie musi być zawsze materialna. To także obecność, uważność, pamięć i dobre słowo. Te kartki dołączyliśmy do Szlachetnej Paczki.
Ogromny egzamin zdali też rodzice. Mimo tego, jak dużo mają na głowie, przynosili dary, kartony, torby. Niektórzy zostawali, żeby pomóc w pakowaniu. Była też przestrzeń na trudne pytania i rozmowy, bo takie sytuacje je uruchamiają. I to było ważne.
A pomoc nie popłynęła tylko z naszej placówki. Napisaliśmy o tym w kilku miejscach, ktoś to udostępnił, ktoś puścił dalej i dostaliśmy odzew. Ruszyła lawina dobra. Ktoś zaczął, ktoś podał dalej, ktoś zaufał i dołączył – i razem stała się magia.
To był szczególny czas.
Dla dzieci.
Dla rodziców.
Dla nas.
Dla mnie – najpiękniejszy prezent na święta.
Bo pokazaliście, że jesteśmy rodziną. Że umiemy pomagać i jednoczyć się wtedy, kiedy to naprawdę ma znaczenie. wielkie pakowanie. Kartony, prezenty, segregacja darów, karteczki, listy, dopinanie wszystkiego na ostatni guzik. W placówce był bałagan totalny. Taki roboczy, prawdziwy. Czasem trzeba było na moment przerwać sesję, bo ktoś właśnie przyniósł torby z darami, ktoś inny poprosił o karton, a jeszcze ktoś chciał tylko zostawić paczkę „na szybko” i pobiec dalej.
Mogło to komuś przeszkadzać.
Ale nie przeszkadzało.
Bo dzieci widziały w tym coś ważnego. Uczyły się pomagania nie z teorii. Widziały to na własne oczy. Drzwi praktycznie się nie zamykały. Przychodzili różni ludzie: niektórzy znajomi, inni zupełnie obcy, czasem nawet osoby, które możecie kojarzyć z telewizji czy mediów. Jedni przynosili torby z jedzeniem, inni środki higieniczne, pastę do zębów, kartony, drobiazgi, a ktoś przyniósł też większe rzeczy. Dzieci patrzyły na to i chłonęły: że ludzie chcą pomagać, że dobro potrafi krążyć, że nawet jeśli się nie znamy, możemy działać jak jedność.
W tym wszystkim poznaliśmy historię pana Gustawa i jego dzieci. Dzieci usłyszały i zobaczyły, że życie bywa trudne. Że czasem marzeniem na święta nie są zabawki, tylko pełna lodówka. Że dzieciom potrafi wystarczyć jedna zabawka albo walizka z przyborami, a nie milion gadżetów. To była lekcja, której nie da się „wytłumaczyć” – ją trzeba zobaczyć i poczuć.
I co ważne: nie było zazdrości. Nie było „o, oni dostaną konsolę”. Była radość współdziałania. Było poczucie sensu, że robimy coś razem.
Nawet te grupy, w których na co dzień pracujemy z dziećmi hałaśliwymi, impulsywnymi, mającymi trudność z kontrolą złości, tego dnia na chwilę usiadły. Zatrzymały się. Skupiły. I wtedy powstało coś, co dla mnie jest jednym z najpiękniejszych momentów tego czasu.
Dzieci zaczęły pisać kartki. Życzenia dla dziewczynek. Kilka słów do ich taty. Każde coś od siebie. Prosto z serca. I właśnie wtedy stało się jasne, że pomoc nie musi być zawsze materialna. To także obecność, uważność, pamięć i dobre słowo. Te kartki dołączyliśmy do Szlachetnej Paczki.
Ogromny egzamin zdali też rodzice. Mimo tego, jak dużo mają na głowie, przynosili dary, kartony, torby. Niektórzy zostawali, żeby pomóc w pakowaniu. Była też przestrzeń na trudne pytania i rozmowy, bo takie sytuacje je uruchamiają. I to było ważne.
A pomoc nie popłynęła tylko z naszej placówki. Napisaliśmy o tym w kilku miejscach, ktoś to udostępnił, ktoś puścił dalej i dostaliśmy odzew. Ruszyła lawina dobra. Ktoś zaczął, ktoś podał dalej, ktoś zaufał i dołączył – i razem stała się magia.
To był szczególny czas.
Dla dzieci.
Dla rodziców.
Dla nas.
Dla mnie – najpiękniejszy prezent na święta.
Bo pokazaliście, że jesteśmy rodziną. Że umiemy pomagać i jednoczyć się wtedy, kiedy to naprawdę ma znaczenie.
Dziękuję Wam wszystkim za to