14/11/2025
Bywa, że komunikacja z dzieckiem przypomina szeroką, prostą autostradę — wszystko płynie, sygnały są jasne, a odpowiedzi szybkie. Innym razem to leśna ścieżka, kręta i nieoczywista, po której idziemy ostrożnie, nasłuchując, czy liść nie drgnie, czy gałązka nie pęknie, próbując zrozumieć.
Bo komunikacja nie zaczyna się od słowa. I nie kończy się na słowie.
Rodzi się dużo wcześniej — w ruchu, w westchnieniu, w spojrzeniu, w napięciu ramion, które mówią tak wiele.
Dzieci z wyzwaniami komunikacyjnymi nie czekają na „gotowość”, by wejść z nami w dialog. One już to robią — po swojemu. Pytanie brzmi: czy potrafimy się zatrzymać i odpowiedzieć?
Nie tylko wtedy, gdy jest czas „ćwiczeń”, ale wtedy, gdy życie biegnie: przy śniadaniu, w windzie, na macie do zabawy, w chwilach wzruszenia i zniecierpliwienia.
Ścieżka porozumienia bywa zaskakująca. Czasem prowadzi przez gest „jeszcze”, czasem przez radosne machanie rękami, czasem przez symbol, a czasem przez śmiech, który nie potrzebuje żadnego tłumaczenia. To my, dorośli, nadajemy znaczenie temu, co widzimy. To my otwieramy przestrzeń, w której dziecko może spróbować powiedzieć „jest mi dobrze”, „chcę więcej”, „zrozum mnie”.
Nie musimy wszystkiego planować od linijki. Potrzebujemy obecności, cierpliwości i odwagi, by nadawać znaczenie i modelować nowe tak, jak naturalnie zalewamy słowami malucha, który jeszcze nie zna różnicy między wyrazem a zdaniem.
Bo komunikacja to nie test, który trzeba zdać. To relacja, którą się tworzy — dzień po dniu.
M.