27/02/2026
„Wielu ludziom na samą myśl o terapii towarzyszy lęk przed ponownym cierpieniem. To oczywiste, że ponowne spotkanie z własnym cierpieniem jest trudne, przecież ciało pamięta, że już raz nas bolało. Czasami całe lata nas bolało- w samotności, w ukryciu- więc oczywiste jest, że boimy się do tego wrócić. To naturalne, że boimy się powtórzyć to cierpienie.
Brak zaufania i samotność. Samotne dźwiganie koszmaru przeszłości, która ciągle kładzie się cieniem na teraźniejszości.
* To normalne, że boimy się, że nikt nas nie przyjmie, skoro nie byliśmy przyjęci przez najbliższych wtedy, gdy tak bardzo tego potrzebowaliśmy…
* To normalne, że ogarnia nas strach, kiedy mielibyśmy poprosić o pomoc, w obliczu tego, że pomocy nie było.
* To normalne, że boimy się, że terapeuta nie udźwignie, choć my dźwigamy od lat.
* To normalne, że nie mamy pewności, czy ręce po drugiej stronie są wystarczająco sprawne, a jednocześnie delikatne, by opatrzyć wieloletnią, zasklepioną momentami ranę.
* To normalne, że obawiamy się, czy nie spojrzy z obrzydzeniem i nie wyda wyroku, bo przecież tylu ludzi wyrok wydało…
Była bezradność i bezsilność samotnego dziecka. Po co mówić?
Głęboko wierzę, że słowa mają moc zmiany. Słowo wypowiedziane staje się czynem. Choć to brzmi paradoksalnie- przekleństwo można zamienić na błogosławieństwo. Wydobyć kolory i światło z szarości i cienia. Pozwolić sobie na to, by ktoś dotknął blizn, może nawet ucałował je z miłością. Pozwolić sobie na bycie przyjętym w ciele, które przecież jest świętością.”
A. Kozak „Uwięzieni we własnej głowie”