06/12/2025
Ludzie, którzy żyją smutnym życiem, z poczuciem bezsensu albo zranienia, często są najbardziej ciekawi twojego. Interesuje ich, ile przegranych ról masz na swoim koncie — najlepiej, żeby było ich więcej niż zwycięstw. Przez zaciśnięte zęby życzą ci szczęścia, wesołych świąt, a nawet zdrowia.
Nie da się ukryć, że tacy ludzie istnieją. Mijamy ich codziennie: na światłach dla pieszych, na chodnikach, w niedzielnej ciszy albo w tygodniowym gwarze. Tuż obok nas.
Kradniemy sobie szczęście na zapas, jakby miało zabraknąć dla innych. Każdy z nas ma w zanadrzu tezę na temat cudzego życia — gotową, ostrą, wygodną.
Kiedyś naprawdę bywały przyjaźnie: od szkolnej ławki aż po „wieczność”. Dziś częściej zaciskamy pięści, by sąsiad nie miał choć odrobinę lepiej od nas; by koleżanka z pracy nie była bardziej wykształcona; by innego opiekuna pacjenci nie lubili tak bardzo jak nas. Porównujemy szuflady z dyplomami, jakby człowieczeństwo dało się odmierzyć zawodowymi tytułami.
Nic dziwnego, że coraz więcej wśród nas ludzi nieszczęśliwych, samotnych, zamkniętych w sobie. Hodujemy w sercach sople lodu: niech nie czuję, niech nie mam zdania, byle jemu albo jej nie przybyło pomyślności.
A przecież na zranienia nie ma lekarstwa poza jednym tym, w jakim procencie potrafię kochać samego siebie. To jest punkt wyjścia: obraz wejścia w głąb własnej duszy i zrobienia porządku. Posprzątania tego, czego przez lata nie chcieliśmy widzieć: drobnych zazdrości, zaglądania w cudze okna i sypialnie, liczenia komu ile drinków wieczorem wyszło z rąk, a komu ile straciło się w życiu.
Trochę boimy się konfrontacji ze sobą. Tak samo jak boimy się spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy. Przecież łatwiej zostawić komentarz pod postem, niż odsłonić kurtynę i przyznać się do błędów.
Prawdy o sobie poznać nie chcemy. Ale prawdę o kimś innym — o, to już aż kipimy z ciekawości.
Bo w gruncie rzeczy nie boimy się świata.
Boimy się tylko jednego — że pewnego dnia zobaczymy w czyichś oczach dokładnie to, czego od lat unikamy we własnym odbiciu. A prawda o sobie potrafi zaboleć bardziej niż wszystkie cudze historie, którymi tak chętnie się karmimy.
Marcin Ozzomipps