31/03/2026
Przez długi czas tłumaczyłem sobie zmęczenie i smutek stresem. Mówiłem, że to chwilowe i że samo minie, jak tylko trochę zwolnię albo odpocznę. Funkcjonowałem na autopilocie - chodziłem do pracy, spotykałem się z ludźmi, wykonywałem codzienne obowiązki. Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie, ale w środku brakowało energii i radości. Coraz częściej miałem wrażenie, że wszystko robię mechanicznie, bez prawdziwego zaangażowania.
Z czasem przestałem cieszyć się rzeczami, które kiedyś były dla mnie ważne. To, co wcześniej dawało satysfakcję, zaczęło być obojętne. Pojawił się niepokój, że coś jest nie tak, ale wciąż odkładałem to na później. Mówiłem sobie, że teraz nie ma czasu, że to nie jest dobry moment, żeby się tym zajmować. Im dłużej to ignorowałem, tym bardziej oddalałem się od siebie.
W terapii po raz pierwszy naprawdę się zatrzymałem. Zamiast szukać kolejnych wytłumaczeń, przyjrzałem się temu, co się ze mną dzieje. Zrozumiałem, że nie każdy kryzys mija sam i że nie zawsze wystarczy „przeczekać”. Czasem potrzebna jest pomoc, żeby coś nazwać i zrozumieć.
To nie była porażka. To był sygnał, że za długo zostawałem z tym sam.