29/01/2018
Ta historia rozpoczęła się tak naprawdę trzy tygodnie wcześniej. Pewna pięćdziesięciolatka trafiła na izbę przyjęć, kiedy to podczas obiadu przypadkiem połknęła "ość" (ość pozwoliłam sobie ująć w cudzysłów, to bowiem, co zazwyczaj potocznie określa się mianem ości, tak naprawdę jest rybimi kośćmi, nie ośćmi - https://pl.wikipedia.org/wiki/O%C5%9Bci), co pozostawiło ją z poczuciem dyskomfortu w gardle i generalnego zaniepokojenia.
Nie-ości nie udało się ekipie izby zaobserwować mimo wykonania laryngoskopii i zdjęcia Rtg (które później powtórnie ocenione cień rybiej kości jednak okazało się zawierać), a pacjentkę wypuszczono do domu. Gardło nadal pobolewało i choć z czasem (po dwóch tygodniach) przestało, do niepokojących objawów dołączył bolesny guzek szyi. Pewnie i to by kobieta przebolała, gdyby kolejny tydzień nie przyniósł niespodzianki w postaci ostrej końcówki nie-ości przebijającej ze szczytu guzka na zewnątrz. Udała się na izbę przyjęć ponownie.
Na szczęście wykonane w trybie pilnym badanie TK nie ukazało żadnych poważniejszych powikłań wędrówki ciała obcego - czy to tworzącego się ropnia, czy uszkodzeń naczyniowych, a trzycentymetrową nie-ość szybko i z łatwością usunięto, przepisując na później tylko profilaktycznie antybiotyki. I wszystko dobrze się skończyło.
Jeśli czytujecie bloga regularnie, możecie kojarzyć, że bliskie spotkania z rybami nie zawsze znajdują równie szczęśliwy finał - https://patolodzynaklatce.wordpress.com/2017/03/06/zbrodnia-to-nieslychana-ryba-zabija-pana/
źródło: https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0196070908000483