Ajurweda dla zdrowia

Ajurweda dla zdrowia Ajurweda i naturalne metody terapii dla Twojego zdrowia

Tylko zwykła ludzka biologia.. tak kończy się ostatni post. A nowa seria postów też mogłaby się tak zacząć:) Temat wiose...
02/03/2026

Tylko zwykła ludzka biologia.. tak kończy się ostatni post. A nowa seria postów też mogłaby się tak zacząć:) Temat wiosennego oczyszczania mogę mielić i mielić i chyba nigdy mi się nie znudzi. Tym bardziej, że w tym roku przyszedł do mnie zupełnie spontanicznie - już kilka dni jestem na wymuszonej głodówce, świetnie się złożyło, że akurat w czasie, kiedy z ziemi i spod liści wychodzą już takie piękności! Lada moment a ten podagrycznik i ta pokrzywa wylądują w soku na powrocie z głodówki. Razem z pączkami porzeczki. Zapraszam w marcową podróż po trochę mniej i bardziej znanych faktach dotyczących oczyszczania:)

Im dłużej uczę się o mózgu, a jednocześnie pracuję z Ajurwedą, tym łatwiej mi przekładać zwykłym śmiertelnikom co tu się...
23/02/2026

Im dłużej uczę się o mózgu, a jednocześnie pracuję z Ajurwedą, tym łatwiej mi przekładać zwykłym śmiertelnikom co tu się dzieje. Dwa światy opowiadają dokładnie tę samą historię, jedynie innymi słowami, jakby patrzyły na to samo doświadczenie z dwóch różnych stron: jedna przez mikroskop i neurony, druga przez jakość odczuwania, energię i rytm życia.

Kiedy neurobiologia mówi o dopaminie, receptorach i układzie nagrody, a Ajurweda o tamasie, rajasie i sattwie, na pierwszy rzut oka brzmi to jak dwa zupełnie różne języki, jeden techniczny i laboratoryjny, drugi bardziej poetycki i metaforyczny, ale kiedy przyłożyć je do codziennej praktyki, do zwykłego dnia, do tego, jak naprawdę czujemy się rano, w pracy, wieczorem.... okazuje się, że opisują te same stany. Podsumuję to w tym poście, żebyś dobrze to złapała:)

Są takie momenty, kiedy wszystko wydaje ci się ciężkie, gęste, jakby ciało było zrobione z mokrego piasku, a najprostsze czynności wymagały nieproporcjonalnie dużego wysiłku; siedzisz przed kompem albo patrzysz w okno i wiesz, co należałoby zrobić, ale między tą wiedzą a ruchem nie pojawia się żaden impuls, żadna iskra, która pchnęłaby cię do przodu. Z perspektywy mózgu można by powiedzieć, że układ dopaminowy jest wtedy mało aktywny, że brakuje sygnału „to jest ważne, warto w to wejść”, że organizm działa w trybie oszczędzania energii. Ajurweda nazywa to tamasem czyli ciężkością, bezwładem, brakiem ruchu. I w tym ujęciu nie ma w nim nic moralnego ani charakterologicznego, jest po prostu fizjologia, która mówi: teraz nie mam zasobów.

Są też zupełnie inne dni, które z zewnątrz wyglądają jak przeciwieństwo tamasu, bo energii jest dużo, pomysłów jest dużo, ciągle coś się dzieje, tylko że ta energia nie potrafi się nigdzie zatrzymać; uwaga skacze z miejsca na miejsce, telefon co chwilę ląduje w ręce, zaczynasz kilka rzeczy jednocześnie, a żadnej nie domykasz, i wieczorem pojawia się zmęczenie. Neurobiologia opisałaby to jako nadmierną stymulację układu nagrody, ciągłe mikrowyrzuty dopaminy wywoływane nowością, powiadomieniami, bodźcami, które nie pozwalają uwadze osiąść. Ajurweda mówi tu o rajasie, o nadmiarze ruchu, o napięciu i gonitwie, w której jest dużo aktywności, ale mało prawdziwej sprawczości.

I dopiero gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami zaczyna pojawiać się stan, który najłatwiej rozpoznać po tym, że niczego nie trzeba ze sobą negocjować, że działanie przychodzi w sposób naturalny i cichy, bez wewnętrznych przemów motywacyjnych i bez presji; siadasz do zadania i po prostu je robisz, oddech jest spokojny, ciało lekkie, uwaga skupiona na jednej rzeczy. W języku neuronów można by powiedzieć, że dopamina działa w sposób stabilny, że układ nerwowy jest pobudzony, ale nie przeciążony, że kora przedczołowa ma przestrzeń do planowania i wyboru. Ajurweda nazwałaby to sattwą czyli klarownością, równowagą, przejrzystością.

Im bardziej to obserwuję, tym mniej wierzę w motywację jako coś, co trzeba w sobie produkować albo wymuszać, a bardziej widzę ją jako efekt uboczny regulacji, jako coś, co pojawia się samo wtedy, kiedy organizm nie jest ani wyczerpany, ani przebodźcowany. W tym sensie dopamina i guny nie są konkurencyjnymi teoriami, tylko dwiema mapami prowadzącymi do tego samego miejsca, przypominającymi, że zanim zaczniesz siebie popychać do działania, warto najpierw sprawdzić, w jakim stanie jest układ nerwowy, bo bardzo często to nie brak silnej woli stoi na drodze, tylko zwykła, bardzo ludzka biologia:)

Założę się, że czasem energii masz aż za dużo (tylko że rozlanej najczęściej we wszystkie strony:) Albo przeciwnie; wszy...
20/02/2026

Założę się, że czasem energii masz aż za dużo (tylko że rozlanej najczęściej we wszystkie strony:) Albo przeciwnie; wszystko jest takie ciężkie, że nawet wstanie z kanapy wydaje się projektem.

Ajurweda ma na to bardzo proste rozróżnienie, które dziś brzmi dla mnie zaskakująco neurobiologicznie. W ogóle to jestem zdania, że ajurweda mówi o wszystkim tym, co współczesna nauka tylko innym językiem. Ale to wszystko wiedziano już kilka tysięcy lat temu:)
O trzech stanach, w których możemy funkcjonować hm...dla osób, które po raz pierwszy spotykają się z ajurwedą to brzmi jak jakaś bajka:) guny, tatwy, ewoluty... co to w ogóle jest i jak to możemy przełożyć na znane nam pojęcia? Super prosto:)

Tamas. To ten moment, kiedy wszystko jest gęste, ciało ciężkie, myśli powolne, odwlekanie, prokrastynacja^^ „Zrobię później”. Albo tak jak dzieci "zaraz mamo":)

Nie dlatego, że nie wiesz co robić. Raczej dlatego, że nie ma wewnętrznego ruchu.

Z perspektywy mózgu wygląda to trochę jak niski poziom dopaminy, nic nie wydaje się wystarczająco ważne, żeby wstać i działać. Ale to nie jest lenistwo tylko tryb oszczędzania energii - organizm mówi: „nie mam zasobów”.

Radżas. I on jest podstępny, bo z zewnątrz wygląda jak motywacja. Masz dużo pomysłów, dużo planów, ciągły ruch. Tylko problem jest taki, że uwaga skacze z rzeczy na rzecz. Zaczynasz pięć projektów naraz. Telefon co chwilę w ręce.
Trudno usiedzieć w miejscu. Ojeeeeej jak ja dobrze znam te czasy!!!
Napięcie zamiast skupienia, to ten rodzaj energii, po którym wieczorem jesteś wypruta. Po prostu padasz... - neurobiologicznie to trochę jak ciągłe strzały dopaminy i adrenaliny; system pobudzenia włączony non stop. Dużo aktywacji, mało integracji. I paradoksalnie mało prawdziwej sprawczości w tym całym chaosie. Wiem, bo ten etap już za mną:)

I dopiero trzeci stan, sattwa, zaczyna przypominać to, czego zwykle szukamy, mówiąc „chcę mieć motywację”, to jest bardzo spokojna energia:) Brak escytacji, brak presji raczej po prostu wiesz, co masz zrobić. Siadasz. Robisz. Kropka.

Ciało jest lekkie, oddech spokojny, uwaga stabilna. Z perspektywy mózgu to chyba najbliżej temu, co nazywamy optymalną regulacją układu nerwowego. Dopamina działa, ale nie wystrzeliwuje. Kortyzol niski. Kora przedczołowa dostępna. Jest miejsce na myślenie i działanie. To nie jest „więcej energii” tylko właściwa proporcja:)

Pomyślisz "ok to co teraz mogę zrobić?
krok po kroku: wyjść z tamasu (czyli odzyskać zasoby), uspokoić rajas (czyli zmniejszyć nadmiar bodźców) i pozwolić, żeby pojawiła się sattwa:)

Trochę jak z wodą.
Jak jest zamarznięta to nie płynie.Jak się gotuje też trudno z niej skorzystać (przynajmniej bez sparzenia się:) Dopiero w temperaturze pośrodku staje się użyteczna.
Z motywacją jest bardzo podobnie.

Jutro taki trochę symboliczny dzień. Rozpoczynający motyw przejścia z zimy na wiosnę - opowiem o ziołowym łagodnym przej...
17/02/2026

Jutro taki trochę symboliczny dzień. Rozpoczynający motyw przejścia z zimy na wiosnę - opowiem o ziołowym łagodnym przejściu w bezpłatnym webinarze już jutro o 17 30. Zapraszam serdecznie, zapisy i więcej informacji na stronie:

Na bezpłatnym webinarze z Moniką Ptak‑Korbacz dowiesz się, jak korzystać z lokalnych ziół, by wprowadzić ciało w stan lekkości

Po tym wszystkim, co pisałam ostatnio o ciszy, dopaminie i przebodźcowaniu, zaczęłam się sobie trochę uważniej przygląda...
17/02/2026

Po tym wszystkim, co pisałam ostatnio o ciszy, dopaminie i przebodźcowaniu, zaczęłam się sobie trochę uważniej przyglądać.
Nie w stylu „muszę coś poprawić”, tylko raczej: co tak naprawdę sprawia, że chce mi się działać?
I zauważyłam, że motywacja rzadko pojawia się wtedy, kiedy próbuję się zmotywować:) Za to częściej wraca wtedy, kiedy przestaję się stymulować. To są bardzo małe rzeczy. Tak małe, że kiedyś wydawały mi się nieistotne.

Kilka minut ciszy rano, zanim obudzę dzieci. Kakao bez telefonu w ręce.
Spacer z obserwacją i głęboką medytacją. Praca w jednym bloku, bez przerywania co chwilę „na sekundę”. Wieczorem mniej światła, mniej ekranów i planszówki z dziećmi.
Niby nic spektakularnego. A jednak to właśnie w tych momentach ciało zaczyna mięknąć, oddech się pogłębia, a w głowie robi się trochę więcej miejsca... pojawia się coś, co rozpoznaję jako motywację.

Taką, w której po prostu siadam i zaczynam, bez wielkiej walki ze sobą. Ludzie mnie często pytają: "jak ty to robisz?", "kiedy masz czas na to wszystko?".. a no mam, jak zajmuję się tym, czym powinnam się zajmować i mam do tego motywację:)

Z perspektywy neurobiologii to nawet ma sens.

Dopamina nie potrzebuje ciągłych bodźców, ona potrzebuje pewnej wrażliwości. A wrażliwość wraca wtedy, kiedy układ nerwowy ma szansę odpocząć od nadmiaru.

Cisza, monotonia, natura, powtarzalny rytm dnia... to wszystko brzmi mało ekscytująco:) ale właśnie to reguluje nas najmocniej. Brzmi znajomo ajurwedyjsko??

Czasem mam wrażenie, że próbujemy działać jak maszyny: więcej bodźców, więcej inspiracji, więcej „paliwa”. A organizm działa bardziej jak ogród, nie potrzebuje ciągłego podlewania. Czasem potrzebuje po prostu przestać go przekopywać - pamiętasz jak pisałam o no dig? Trzeba dać ogrodowi spokój po prostu. tak samo z ciałem, daj mu spokój, a reszta dzieje się sama.

Im dłużej pracuję z ludźmi, tym częściej widzę jedną rzecz. Wiele osób próbuje zwiększyć motywację, dodając sobie więcej...
14/02/2026

Im dłużej pracuję z ludźmi, tym częściej widzę jedną rzecz. Wiele osób próbuje zwiększyć motywację, dodając sobie więcej bodźców. Pojawia mi się przed oczami koszulka mojego męża z napisem I human. Better. Faster. Stronger. No i widzimy to, że oczekujemy ciągle więcej, ciągle szybcie, ciągle lepiej...

Więcej muzyki.
Więcej podcastów.
Więcej inspiracji.
Więcej „hacków”.

Jakby energia miała przyjść z zewnątrz... A czasem największa zmiana pojawia się wtedy, kiedy coś odejmiemy, kiedy na chwilę zrobi się cicho, bez tego więcej.

Kurde i co wtedy? Pojawia się napięcie, myśli przyspieszają, ciało się wierci. Jakbyśmy nagle zostali bez czegoś, co do tej pory nas trzymało.

Ale po kilku minutach dzieje się coś subtelnego... coś fajnego:)

Kiedy bodźców jest mniej, dopamina przestaje być wystrzeliwana co kilka sekund. Receptory odzyskują wrażliwość. Układ nerwowy wraca do równowagi. I wtedy nawet małe rzeczy znowu zaczynają mieć znaczenie.

Cisza nie jest więc brakiem, a raczej przestrzenią, w której mózg może się przestroić. Może dlatego po dobrym spacerze bez telefonu albo po kilku minutach siedzenia w milczeniu świat wydaje się trochę prostszy, a zadania, które chwilę wcześniej wydawały się zbyt ciężkie, nagle stają się całkiem wykonalne... Wcale nie potrzeba WIĘCEJ, a wręcz przeciwnie:)

W te czwartki wieczorem, kiedy dzieci są u babci i jest ta dziwna cisza w domu, po pracy mam sporo weny na pisanie. Kied...
11/02/2026

W te czwartki wieczorem, kiedy dzieci są u babci i jest ta dziwna cisza w domu, po pracy mam sporo weny na pisanie. Kiedy wezmę się za to ze skupieniem to ogarnę naprawdę sporo. A kiedy zbieram się jak pies do jeża.. okazuje się, że godzina pisania potrafi mnie zmęczyć mniej niż piętnaście minut bezmyślnego scrollowania. Choć teoretycznie powinno być odwrotnie. Przecież pisanie to pewien wysiłek a scrollowanie to „odpoczynek”.

A jednak po pracy przy tekście czuję raczej przyjemne zmęczenie, takie cielesne, jak po spacerze. Po telefonie czuję mgłę w głowie, rozdrażnienie i dziwny niepokój, jakbym jednocześnie była przebodźcowana i pusta. Z tego właśnie powodu unikam tego całego sh*tu jak ognia, ale też nie chcę zupełnie wypaść z obiegu:)

Długo nie rozumiałam, skąd ta różnica, przecież w obu przypadkach siedzę w miejscu i patrzę w ekran. Co do mnie i tak niepodobne żeby usiedzieć choć chwilę w miejscu:)

Dopiero kiedy skończyłam kurs neurokognitywny te wszystkie kropki i wiadomości, które do mnie docieray w skrawkach zaczęły się układać, bo mózg zupełnie inaczej reaguje na skupienie, a zupełnie inaczej na ciągłą nowość.

Kiedy piszę albo uczę się czegoś w skupieniu, uwaga stopniowo się stabilizuje. Układ nerwowy wchodzi w jeden rytm. Bodźców jest mało, ale są głębokie. Jedna rzecz, jedno zadanie, jeden kierunek. Dopamina nie musi wtedy „strzelać” co chwilę.
Natomiast scrollowanie działa zupełnie inaczej, bo to są setki małych historii w kilka minut. Obraz. Tekst. Wideo. Twarz. Reklama. Emocja. Następne. Następne. Następne...

Każda z tych rzeczy jest dla mózgu nowością. A nowość to sygnał: „sprawdź to, to może być ważne”. Czyli kolejny mały wyrzut dopaminy.

I kolejny.
I kolejny.

To nie jest głęboka satysfakcja, a raczej seria krótkich, nerwowych impulsów. Trochę jak podskakiwanie w miejscu zamiast spokojnego marszu:)
Po pewnym czasie układ nerwowy jest zmęczony nie dlatego, że zrobił dużo, tylko dlatego, że musiał tysiąc razy zmieniać kierunek uwagi.

I wtedy pojawia się to uczucie, które wielu z nas zna aż za dobrze ... „jestem zmęczona, ale w sumie nic konkretnego nie zrobiłam”....
Pamiętaj, że mózg nie jest stworzony do ciągłego trybu „może coś ciekawego”.
On potrzebuje też trybu „jestem tu”.

Czy też tak masz czasem,  że kiedy robi się naprawdę cicho, wcale nie pojawia się spokój?  Że zamiast ulgi jest niepokój...
08/02/2026

Czy też tak masz czasem, że kiedy robi się naprawdę cicho, wcale nie pojawia się spokój? Że zamiast ulgi jest niepokój, wiercenie się, potrzeba, żeby coś włączyć, sprawdzić telefon, puścić muzykę albo chociaż coś poczytać. Doświedczam tego we czwartki wieczorem, kiedy wracam z pracy i nie ma dzieci w domu:) Niby wydawałoby się super! Nie ma dzieci, mogę robić co chcę a jednak....
.. nie ma rozmów, nie ma dźwięku w tle, nie ma małych rozproszeń, które do tej pory coś regulowały. Zostaję sama ze sobą i z tym, co się dzieje w środku. I to „coś” bywa zaskakująco głośne:)

Dopiero po jakimś czasie zaczęłam łączyć to z neurobiologią.

Bo kiedy patrzy się na to od strony mózgu, cisza przestaje być romantycznym pojęciem, a zaczyna być bardzo konkretnym stanem fizjologicznym. Zobacz,
przez większość dnia jesteśmy bombardowani nowością. Telefon, powiadomienia, rozmowy, obrazy, informacje, krótkie filmy, muzyka, nawet szum samochodów za okem. Każdy z tych bodźców uruchamia w mózgu drobny sygnał zainteresowania. Taki mikro-impuls: „sprawdź to, to może być ważne”. Ten sygnał to dopamina.

I problem nie polega na tym, że dopamina jest zła. Ona jest nam bardzo potrzebna. Bez niej nie byłoby motywacji, ciekawości ani uczenia się. Tylko że kiedy takich małych impulsów jest ZA DUŻO i pojawiają się właściwie bez przerwy, układ nerwowy zaczyna się do nich przyzwyczajać. To trochę tak, jakbyśmy cały czas jedli coś bardzo słodkiego. Po jakimś czasie zwykły smak przestaje być wyczuwalny.

Z dopaminą dzieje się coś podobnego. Kiedy stymulacja jest ciągła, receptory stają się mniej wrażliwe. I wtedy cisza, w której nic się nie dzieje, zaczyna być odbierana jak brak, jakby czegoś było za mało. I co robisz? Pierwszym odruchem w ciszy jest potrzeba sięgnięcia po coś z zewnątrz. Ile razy złapałam się na tym, że idąc samotnie w środku lasu po prostu potrzebuję z kimś pogadać:)

Dopiero kiedy zostaniemy w niej trochę dłużej, coś zaczyna się przestawiać. Układ nerwowy zwalnia, napięcie opada, a ta cała wewnętrzna gonitwa stopniowo się wycisza. I nagle okazuje się, że najprostsze rzeczy znowu wystarczają. Spacer, rozmowa, czytanie, pisanie. Bez dodatkowego „dopingu”.
Cisza w tym kontekście przywraca wrażliwość na to, co już jest dookoła nas i w nas:)

Wiele osób myśli, że cisza to spokój. Dopiero gdy naprawdę się w niej siądzie, okazuje się, że cisza potrafi być bardzo ...
05/02/2026

Wiele osób myśli, że cisza to spokój. Dopiero gdy naprawdę się w niej siądzie, okazuje się, że cisza potrafi być bardzo intensywna. Kto był na vipassanie albo próbował dłużej pobyć w milczeniu, ten wie, że pierwsze, co się pojawia, to nie ulga, tylko chaos. Myśli przyspieszają, ciało zaczyna boleć albo się niepokoić, a w środku robi się głośniej niż kiedykolwiek.

Vipassana bardzo jasno pokazuje, że cisza niczego nie robi. Ona nic nie dodaje i niczego nie zabiera. Po prostu przestają działać wszystkie zewnętrzne rozpraszacze:) Nie ma rozmów, muzyki, reakcji innych ludzi ani dzieci bawiących się gdzieś w tle. Zostaje tylko to, co już było w środku - napięcie w ciele, nawyk reagowania, potrzeba ucieczki albo kontroli.

Dla układu nerwowego, który długo funkcjonował w trybie czuwania, taka cisza jest po prostu trudna. Nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że nie daje oparcia. Nie ma rytmu, nie ma prowadzenia, nie ma niczego, do czego można się dostroić... Trzeba zostać z tym, co się pojawia, nawet jeśli to nie jest przyjemne. A na pewno jest nieprzyjemne.

W praktyce vipassany nie chodzi o to, żeby się uspokoić. Chodzi o to, żeby zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Zobaczyć, jak napięcie przychodzi i odchodzi. Jak ciało reaguje, zanim pojawi się myśl. Jak bardzo automatyczne są nasze reakcje.

Dla wielu osób to pierwszy moment, w którym naprawdę słyszą swoje ciało. Nie w sensie emocji czy historii, ale w bardzo prostym znaczeniu: ucisk, pulsowanie, drżenie, ciężar, oddech, napięcie... To, co wcześniej było zagłuszane, teraz staje się wyraźne. I to może być męczące, a nawet przytłaczające.

Z czasem, jeśli układ nerwowy zaczyna czuć się bezpieczniej, cisza się zmienia. Przestaje być napięciem, a zaczyna być przestrzenią. Nie dlatego, że znikają doznania, ale dlatego, że przestajemy z nimi walczyć, po prostu je zauważamy i sobie sa:) W vipassanie nazywa się to obserwowaniem bez reakcji, ale w bardzo ludzkim sensie oznacza to po prostu, że nic nie trzeba robić:)

Dlatego cisza bywa trudniejsza niż dźwięk. Dźwięk coś trzyma. Cisza niczego nie trzyma. I dopiero wtedy wychodzi na jaw, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że coś nas reguluje z zewnątrz. Vipassana uczy, że cisza nie jest celem, tylko warunkiem, w którym możemy zobaczyć, jak naprawdę funkcjonujemy.

Wiele osób myśli, że cisza powinna uspokajać. A potem siada w ciszy i nagle robi się tylko gorzej:) Pojawia się napięcie...
02/02/2026

Wiele osób myśli, że cisza powinna uspokajać. A potem siada w ciszy i nagle robi się tylko gorzej:) Pojawia się napięcie, jakiś dziwny niepokój, milion myśli albo potrzeba, żeby czymś się zająć. I często pojawia się pytanie: „co ze mną jest nie tak?”...

Dźwięk ogólnie pomaga, bo daje coś, czego można się złapać. Jakiś rytm, tło, ciągłość. Ciało nie zostaje samo. Nawet bardzo prosty dźwięk potrafi sprawić, że łatwiej oddychać, że napięcie trochę puszcza. Jest jak obecność; coś jest, nic nie zaskakuje. A cisza? Nagle zostajemy sami ze sobą. Z tym, co w środku. Jeśli w ciele jest dużo napięcia, to w ciszy zaczyna być je wyraźnie czuć. Cisza nie robi nic złego, tylko odsłania to, co już tam było.

Dla kogoś, kto długo żył w napięciu albo czuwaniu, cisza wcale nie musi oznaczać bezpieczeństwa. Może oznaczać brak kontroli, brak sygnałów, brak orientacji. A wtedy ciało zamiast się rozluźnić, jeszcze bardziej się spina.

Dlatego czasem cisza przychodzi dopiero po dźwięku. Najpierw coś, co pomoże ciału się uspokoić czyli rytm, oddech, obecność. A dopiero potem cisza, która staje się momentem, w którym można poczuć, że oddycha się trochę swobodniej. Że myśli same zwalniają. Że nie trzeba nic robić ani naprawiać.

Cisza nie jest dla każdego i nie na każdy moment. I to jest w porządku. Czasem dźwięk jest dokładnie tym, czego potrzeba, żeby do ciszy w ogóle móc dojść.

W pracy z ciałem i układem nerwowym dźwięk bywa oczywistym narzędziem regulacji. Rytm, wibracja i powtarzalność pomagają...
31/01/2026

W pracy z ciałem i układem nerwowym dźwięk bywa oczywistym narzędziem regulacji. Rytm, wibracja i powtarzalność pomagają obniżyć napięcie i przywrócić poczucie bezpieczeństwa. Rzadziej mówi się o ciszy, a przecież cisza działa na bardzo podobnym poziomie – tyle że w inny sposób.

Dźwięk reguluje, bo wnosi strukturę. Układ nerwowy lubi rytm i przewidywalność. Gdy pojawia się równy, spokojny bodziec dźwiękowy, oddech zaczyna się do niego dostrajać, napięcie mięśniowe stopniowo opada, a całe ciało dostaje prostą informację: nic się nie zmienia, nic nie zaskakuje, jest bezpiecznie. To działa automatycznie, bez analizy i bez potrzeby rozumienia. Ciało reaguje na tempo, głośność i ciągłość, a nie na znaczenie dźwięku.

Na poziomie PNEI oznacza to zmianę stanu całej sieci: spada aktywacja stresowa, stabilizuje się autonomiczny układ nerwowy, a hormony i układ odpornościowy przestają działać w trybie alarmowym. Epigenetycznie to sygnał, że środowisko się zmieniło, że organizm nie musi już funkcjonować w trybie przetrwania.

Cisza działa inaczej, ale nie słabiej. Cisza jest regulująca wtedy, gdy pojawia się po dźwięku albo po intensywnej aktywacji. Gdy bodźce zewnętrzne cichną, układ nerwowy przestaje reagować na to, co „przychodzi z zewnątrz”, i zaczyna rejestrować sygnały wewnętrzne. Oddech, napięcie, rytm serca, drobne impulsy z ciała, wszystko to staje się wyraźniejsze.

Dzięki ciszy można usłyszeć to, co wcześniej było zagłuszone. Nie w sensie emocjonalnych treści, ale w bardzo prostym, fizycznym znaczeniu: czy oddycham płytko, czy mogę opaść, gdzie jest napięcie, a gdzie pojawia się ulga. To porządkuje myśli nie dlatego, że je analizujemy, ale dlatego, że organizm wraca do bardziej spójnego stanu. Gdy ciało się reguluje, myśli same układają się spokojniej.

Rozmowa jest jednym z podstawowych narzędzi pracy z człowiekiem. Pomaga porządkować doświadczenie, nadawać znaczenie i i...
28/01/2026

Rozmowa jest jednym z podstawowych narzędzi pracy z człowiekiem. Pomaga porządkować doświadczenie, nadawać znaczenie i integrować to, co było chaotyczne. Problem pojawia się wtedy, gdy rozmowa jest kontynuowana w momencie, w którym ciało przestaje być obecne. W takich chwilach mówienie zdecydowanie nie jest korzystne:)

Zdarza się, że osoba opowiada o czymś spokojnie i logicznie, a jednocześnie jej ciało zaczyna się kurczyć w bezruchu albo staje się nadmiernie pobudzone. Wiem, że dotykamy wtedy czegoś ważnego. To sygnał, że układ nerwowy przeszedł w tryb ochronny. Rozmowa może wtedy wyglądać na „pracę”, konsultacyjnie jest to ważne, bo staram się znaleźć źródło problemu ale biologicznie jesteśmy już w obszarze reakcji stresowej.

Z perspektywy neurofizjologii to informacja. Układ nerwowy odpowiedzialny za przetrwanie działa szybciej niż myśl i nie kieruje się znaczeniem słów. Reaguje na stan organizmu. Jeśli w trakcie rozmowy aktywuje się zapis zagrożenia, dalsze mówienie, nawet bardzo uważne i empatyczne, może zostać odebrane jako kolejne obciążenie. Zazwyczaj w takiej sytuacji pozostaję w sferze domysłów, nie ciągnę rozmowy dalej, uznaję fakt, że w tym momencie narzędzie poznawcze przestało być po prostu adekwatne. Zamiast pogłębiać narrację, staram się przywrócić regulację. Bez tego każda kolejna treść trafia do systemu, który nie ma już zasobów, by ją przetworzyć. Z punktu widzenia PNEI ma to zasadnicze znaczenie. Sieć psychoneuroendokrynoimmunologiczna reaguje nie na to, co mówimy, lecz na to, w jakim stanie jest organizm. Jeśli rozmowa podtrzymuje płytki oddech, napięcie mięśniowe i brak rytmu, biologiczny komunikat pozostaje niezmienny: „zagrożenie trwa”. Przerwanie rozmowy w odpowiednim momencie może stać się pierwszym sygnałem bezpieczeństwa.

Przerwanie rozmowy bywa też doświadczeniem korektywnym. Dla wielu osób jest to pierwszy moment, w którym ktoś zauważa granicę ich systemu nerwowego i ją respektuje. Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś po prostu mi podziękował, choć niestety nie za rozwiązanie, nie za wgląd, ale za to, że nie naciskam, nie drążę i nie „pracuję dalej” mimo wyraźnych sygnałów z ciała. Widziałam wtedy wyraźne uczucie ulgi, jakby organizm wreszcie dostał informację, że nie musi się bronić. I samo to bywa regulujące.

Czasem największą zmianą nie jest to, co zostanie powiedziane, lecz to, że w odpowiednim momencie nic nie trzeba mówić. Że ktoś zatrzymuje proces nie dlatego, że zabrakło narzędzi, ale dlatego, że ciało potrzebuje chwili bezpieczeństwa. W takich momentach regulacja nie polega na „robieniu czegoś więcej”, lecz na tym, by wreszcie przestać wymagać. I to właśnie wtedy układ nerwowy zaczyna robić to, do czego jest biologicznie zdolny: wracać do równowagi. Czasem najlepsze, co można zrobić, to przestać drążyć. Zatrzymać się na chwilę i dać ciału odetchnąć. Bez pytań, bez analizy, bez presji. I nagle okazuje się, że to wystarcza, żeby napięcie zaczęło puszczać.

Adres

Suchedniów Gmina
26-130

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Ajurweda dla zdrowia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Ajurweda dla zdrowia:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Ajurweda i naturalne metody terapii dla Twojego zdrowia

Nazywam się Monika Ptak-Korbacz.

Jestem całym umysłem kulturoznawcą (Porównawcze Studia Cywilizacji, UJ), całym sercem terapeutką ajurwedy wykształconą w Indiach (2011), całą duszą naturoterapeutką, całym ciałem instruktorką ćwiczeń psychosomatycznych ze specjalnością pilates i stretching.

Aby maksymalnie efektywnie wykonywać moją pracę, łączącą wiele dziedzin nauki w holistyczne podejście do klienta, ukończyłam również wiele kursów i szkoleń, m.in.: irydologię, ćwiczenia dla kobiet w ciąży i połogu, kurs pracy z oddechem metodą Butejki, kurs masażu ajurwedyjskiego, dietetykę, kurs instruktora rekreacji, kursy pracy z poszczególnymi narzędziami oraz urządzeniami używanymi w pilates i kurs pedagogiczny, by móc w pełni dzielić się swoją wiedzą.

Jak na pittę przystało, potrzeba ciągłej aktywności wiodła mnie po różnych dodatkowych ścieżkach: uczyłam języka japońskiego, prowadziłam zajęcia tae-bo, gotowałam cateringowo w ramach stworzonego przeze mnie projektu “Odnowa Jedzeniowa”, wykładałam na UTW.