16/01/2026
🔷 RODZICIELSTWO BLISKOŚCI W KONFRONTACJI
Z NEUROODMIENNOŚCIĄ I PRZEMOCĄ SYSTEMOWĄ 🔷
🔹 Kryzys, który nie jest kryzysem wychowania
Coraz więcej rodziców doświadcza dziś poczucia głębokiego zagubienia. Z jednej strony – wiedza psychologiczna, neurobiologia, badania nad traumą i regulacją emocji. Z drugiej – codzienność systemów edukacyjnych i społecznych, które nadal funkcjonują w dynamice „nadzorować i karać”. Pomiędzy nimi znajduje się rodzicielstwo bliskości: nie jako ideał ani moda, lecz jako praktyka relacyjna oparta na uznaniu podmiotowości małego człowieka.
To właśnie w tym miejscu rodzi się napięcie, które bywa błędnie diagnozowane jako „porażka wychowania”. Tymczasem coraz wyraźniej widać, że nie mamy do czynienia z kryzysem dzieci ani z kryzysem empatii, lecz z kryzysem niedopasowania. Zderzeniem świadomości rozwojowej z systemami, które tej świadomości nie uwzględniają.
🔹Rodzicielstwo bliskości nie jako permisywizm, lecz jako zmiana paradygmatu
Rodzicielstwo bliskości bywa redukowane do uproszczonego obrazu „braku granic”. W rzeczywistości jest ono próbą odejścia od modelu opartego na kontroli, zawstydzaniu i hierarchii w stronę relacji regulacyjnej, w której dziecko nie jest obiektem zarządzania, lecz uczestnikiem procesu.
To podejście nie neguje granic ani struktury. Neguje natomiast przemoc – również tę subtelną, symboliczną - zinternalizowaną, uznawaną przez dekady za „normalną”. Jego fundamentem jest przekonanie, że rozwój emocjonalny i poznawczy nie dokonuje się poprzez ignorowanie sygnałów ciała i emocji, lecz poprzez ich stopniowe integrowanie.
Problem polega na tym, że świat, do którego te dzieci dorastają, wciąż opiera się na wyparciu.
🔹Systemy oparte na wyparciu i dzieci, które nie potrafią już w nich żyć
Szkoła i inne instytucje nadal wymagają funkcjonowania w trybie oderwania od biologii i emocji. Wczesne godziny, tempo, presja ocen, minimalna elastyczność – wszystko to zakłada zdolność do ignorowania przeciążenia, zmęczenia, lęku.
Dla wcześniejszych pokoleń było to możliwe głównie dlatego, że nie istniał język ani przestrzeń na kwestionowanie tego porządku. Wyparcie pełniło funkcję adaptacyjną.
Dzieci wychowane w relacji, w uważności na siebie, często tego mechanizmu nie posiadają. Nie potrafią – i często nie chcą – zaprzeczać własnemu doświadczeniu. W efekcie ich trudności bywają interpretowane jako „nieogarnięcie”, podczas gdy są one raczej objawem konfliktu między wewnętrzną integralnością a zewnętrznymi wymaganiami.
🔹Neuroodmienność jako soczewka napięć
W przypadku dzieci neuroodmiennych to napięcie ujawnia się szczególnie wcześnie i szczególnie wyraźnie. Freestone Wilson, autystyczny autor i aktywista, już w latach 90. zaproponował myślenie o osobach autystycznych jako o „kanarkach w kopalni węgla” cywilizacji – wczesnych sygnalistach warunków, które okazują się toksyczne, zanim staną się nie do zniesienia dla większości. Do tej metafory odwołuje się później m.in. Dinah K.C. Murray, podkreślając jej systemowy, a nie deficytowy sens.*
W tym ujęciu neuroodmienność nie oznacza słabości ani niezdolności adaptacyjnej, lecz szczególną czułość układu nerwowego na przeciążenie, niespójność i przemoc wpisaną w struktury społeczne. To, co dzieci neuroodmienne odczuwają jako pierwsze – dezorganizację, lęk, wyczerpanie, utratę sensu – bardzo często okazuje się sygnałem ostrzegawczym dla wszystkich. Ich trudności mają więc charakter symptomu: informacji o tym, że środowisko, w którym funkcjonujemy, jest szkodliwe nie tylko dla nich, lecz także dla tych, którzy potrafią jeszcze ignorować jego koszty.
ADHD, spektrum autyzmu, różnice sensoryczne czy wolniejsze dojrzewanie układu nerwowego sprawiają, że:
- regulacja emocjonalna trwa dłużej,
- przejścia między stanami są trudniejsze,
- interocepcja bywa osłabiona,
- a intelektualizacja emocji często zastępuje ich przeżywanie.
Dla tych dzieci świat wymagający natychmiastowej adaptacji bywa nie tylko trudny, ale dezorganizujący. Jednocześnie to właśnie one szczególnie potrzebują struktury – nie jako narzędzia kontroli, lecz jako zewnętrznego rusztowania regulacyjnego.
🔹Struktura: między przemocą a chaosem
Jednym z największych nieporozumień współczesnej debaty jest przeciwstawianie bliskości strukturze. Tymczasem pytanie nie brzmi „czy struktura?”, lecz „jakiego rodzaju struktura?”..
Dla wielu dzieci – zwłaszcza neuroodmiennych – nadmiernie negocjowalna, nieustannie tłumaczona struktura przestaje pełnić funkcję stabilizującą. Staje się kolejnym źródłem przeciążenia. Paradoksalnie to właśnie prosta, przewidywalna, względnie niezależna od bieżących negocjacji struktura bywa najbardziej wspierająca.
Nie dlatego, że unieważnia emocje dziecka, lecz dlatego, że nie przerzuca na nie odpowiedzialności za regulację, której jeszcze nie jest w stanie udźwignąć.
Różnica między taką strukturą a przemocą nie polega na braku frustracji, lecz na obecności relacji. Przemoc zawstydza i izoluje. Struktura relacyjna zakłada, że frustracja jest częścią rozwoju, ale nie musi oznaczać porzucenia.
🔹Dyrektywność jako krótkoterminowa proteza
Nie sposób pominąć faktu, że dzieci – również neuroodmienne – wychowywane dyrektywnie często „radzą sobie lepiej” w systemie. Dyrektywność redukuje liczbę decyzji, zapewnia zewnętrzną regulację, upraszcza świat. Działa.
Ale działa objawowo, nie rozwojowo. Buduje skuteczność kosztem autonomii i często przesuwa moment kryzysu na później – na czas, gdy struktura znika lub napięcie przekracza próg wytrzymałości.
To rodzi pytanie nie o to, czy dyrektywność działa, lecz jaką cenę długofalowo za to płacimy.
🔹Relacyjny koszt po stronie dorosłych
Rodzicielstwo bliskości bywa wyczerpujące nie dlatego, że „dzieci są roszczeniowe”, lecz dlatego, że wymaga ciągłej autorefleksji. Dzieci traktowane podmiotowo konfrontują dorosłych z ich własnymi schematami, niespójnościami i lękami.
Szczególnie trudne staje się to tam, gdzie dorośli nie są w tym procesie równomiernie zaangażowani. Relacyjność obnaża asymetrie odpowiedzialności, różnice w gotowości do pracy nad sobą, odmienne rozumienie granic. To napięcie nie jest wytworem bliskości – ono istniało wcześniej, lecz było maskowane hierarchią.
🔹Samotność rodziców w „przestrzeni pomiędzy”
Wielu rodziców znajduje się dziś w miejscu, które trudno nazwać. Pomiędzy dawnym modelem, do którego nie chcą wracać, a nowym, który nie ma jeszcze wystarczającego wsparcia systemowego. Pomiędzy empatią a koniecznością stawiania granic. Pomiędzy rozumieniem a zmęczeniem.
To doświadczenie bywa niezwykle samotne, bo nie mieści się w prostych narracjach. Nie jest ani permisywne, ani autorytarne. Jest próbą utrzymania relacji w świecie, który jej nie ułatwia.
🔹Bliskość bez iluzji
Być może jednym z najważniejszych kroków jest odejście od idealizacji. Rodzicielstwo bliskości nie jest obietnicą harmonii ani gwarancją braku konfliktów. Nie chroni przed cierpieniem. Nie sprawi, że dzieci „będą grzeczne”.
Jest raczej etycznym wyborem, by nie opierać wychowania na strachu i wyparciu, nawet jeśli oznacza to większą niepewność i wysiłek. By tworzyć strukturę, która nie niszczy relacji. By uznać, że rozwój bywa powolny, nierówny i kosztowny – zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
🔻Nie ma tu prostych odpowiedzi. Jest natomiast potrzeba zmiany języka. Zamiast pytać, „co jest nie tak z dziećmi?” albo „co rodzice robią źle?”, być może warto zapytać:
„Jakich struktur potrzebują dzieci wychowane w bliskiej, podmiotowej relacji, by nie musiały porzucać siebie, żeby przetrwać?”