11/02/2026
Dlaczego w kryzysie ważniejsze od racji jest wsparcie?
Koleżanka opowiedziała mi ostatnio historię, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak zupełna błahostka.
Byli na Uwielbieniu na stadionie.
Zapiekanka. Pieczarki. Kolejka ludzi w przerwie na jedzenie. Nic wielkiego. A jednak to, co się tam wydarzyło, bardzo mnie poruszyło.
Stała z mężem i siostrzenicą przy okienku w budce z zapiekankami.
Dziewczynka jasno powiedziała, że chce zapiekankę z serem i salami, ale bez pieczarek, bo ich nie lubi.
Kiedy dostała zapiekankę z pieczarkami, ciocia spokojnie zwróciła uwagę, że zamówienie było inne.
Na co kasjerka, mówi, że ma dużo klientów,
nie będzie jej robić drugiej bo to tylko pieczarki.
Moja koleżanka się wkurzyła, nie chciała dawać zapiekanki siostrzenicy, skoro zapłaciła, za taką bez pieczarek.
Sprzedająca odmówiła wymiany, mówiąc, że to tylko pieczarki i że dziecko „jakoś to zje”.
Zrobiło się napięcie. Kolejka patrzy. Presja rośnie. Koleżanka nie miała zamiaru odpuszczać.
I wtedy pojawił się mąż. Chciał załagodzić sytuację. Powiedział coś w stylu:
,,Daj spokój, niech zje, nic się nie stanie, chodźmy już. Przesadzasz, to tylko pieczarki.” I w tym momencie wybuchła awantura. Duża. Emocjonalna. Z pozoru nieadekwatna do sytuacji.
Niezrozumienie, płacz i zawód.
Dopiero później, kiedy rozmawialiśmy na spokojnie, wyszło, że wcale nie chodziło jej
o pieczarki. Krok po kroku wyszło.
Chodziło o tą małą dziewczynkę , która nagle stała się dla tej kobiety nią samą z dzieciństwa.
Dziewczynką, którą zmuszano do jedzenia rzeczy, których nie chciała.
Której nikt nie słuchał. Której granice były ignorowane, bo „nie przesadzaj”, „zjedz i nie marudź”, „nic ci nie będzie”.
I w tamtej chwili ona nie walczyła z kasjerką. Ona walczyła o to, żeby to się nie powtórzyło. Żeby choć jedno dziecko nie musiało przeżyć tego samego.
I najbardziej bolało nie to, że kasjerka nie chciała wymienić zapiekanki. Cieszyła się, ze w końcu może zawalczyć. Najbardziej bolało to, że mąż nie stanął po jej stronie.
Bo facet w takich momentach nie jest od tego, żeby było „miło”, „bez afery” i „żeby ludzie się nie patrzyli”. Jest od tego, żeby być kotwicą. Żeby powiedzieć: „Widzę cię. Jestem z tobą. Możesz na mnie liczyć”. Nawet jeśli sytuacja wydaje mu się błaha. Nawet jeśli sam by machnął ręką. Nawet jeśli boi się oceny innych. To kobieta, nie jest tylko, żeby bronić jej przed oprychami.
I chcę to powiedzieć jasno: on nie był złym mężem.
On zrobił to, czego nauczyło go życie - uspokoić, załagodzić, przejść dalej.
Kobieta w kryzysie nie potrzebuje mężczyzny, który ją uspokoi kosztem jej granic. Potrzebuje mężczyzny, który ją ochroni, nawet jeśli nie do końca rozumie, co się w niej właśnie odpaliło. Bo nigdy nie wiemy, z jaką historią dana sytuacja się łączy. Jaką ranę dotyka. Jakie wspomnienia budzi.
Bycie po stronie swojej kobiety nie oznacza, że zawsze ma rację. Oznacza, że w chwili napięcia nie zostaje sama.
A rozmowa o racjach przychodzi później - w ciszy, w domu, bez publicznego podważania. Oznacza, że zawsze ma twoje wsparcie. I że jeśli trzeba coś wyjaśnić, to robi się to później, na osobności, z czułością. A na zewnątrz jesteście drużyną. Jednym frontem.
Facet, który potrafi stanąć obok swojej kobiety, nawet w niezręcznej sytuacji, daje jej coś bezcennego. Poczucie bezpieczeństwa, a z tego rodzi się zaufanie, bliskość i miłość, która naprawdę przetrwa.
Wiecie już, że to nie pieczarki są problemem, tylko to stare rany wołają o to, żeby ktoś w końcu powiedział: „Już nie jesteś sama”.
W relacjach bardzo rzadko kłócimy się o to, co widać na wierzchu.
Najczęściej walczymy o coś, co kiedyś zostało nam odebrane.
I dopóki tego nie zobaczymy - będziemy się mijać, nawet z najlepszymi intencjami.
Przepraszam jeśli to za długi post, ale czasem te pisane na emocjach wymagają wypluci odpowiednich słów.
Dajcie znać czy doczytaliście do końca.
Kacper 🧡