Pedagog Szczęścia

Pedagog Szczęścia Jestem Kacper i staram się szerzyć szczęście!
(5)

Dobrze, że jesteś😊
Wszystko bedzie dobrze 😍
W tym tygodniu promuje zdrowe sposoby na Miłość
🧡
http://pedagog-szczescia.pl/spakuj-sie-na-milosc

15/02/2026

Rowan Atkinson kiedyś powiedział:
"Dystans jest jedyną odpowiedzią na brak szacunku.
Nie reaguj.
Nie kłóć się.
Nie daj się wciągnąć w dramaty.
Po prostu usuń swoją obecność." 🚶‍♂️💭

Czasem odejście to nie słabość, to mądrość.
Nie przegrywasz bitwy, lecz chronisz swój spokój.

Im mniej energii dajesz tym, którzy cię nie cenią,
tym więcej masz jej dla ludzi i spraw, które naprawdę się liczą.

Muszę Wam o kimś powiedzieć… to pewna kobieta. To ona pomaga mi prowadzić ten profil.To ona odpowiada, za to, że potrafi...
14/02/2026

Muszę Wam o kimś powiedzieć… to pewna kobieta.
To ona pomaga mi prowadzić ten profil.
To ona odpowiada, za to, że potrafię dobrze słuchać i rozumieć świat potrzeb drugiej płci.
To ona często czyta moje posty za nim je wrzucę, poprawia moje liczne literówki,
które miej adhd nie zauważa.

Należy jej się jednak coś więcej niż lajki.

To ona przegaduje ze mną wiele głębokich rozmów, które pomagają mi lepiej zrozumieć ja ale też i siebie samego.
To dzięki niej mam tyle inspiracji do rozkmin na posty.

To ona nie boi mi się mówić co robię źle,
stawiać granic i uczyć mnie kochać tak jak ona chce, a nie tak jak mi wygodnie.
Wiele razy przypomina mi o misji i pokorze.

Relacja z nią uczyniła mnie kimś lepszym.
Nadaje mi sens i jest moim najlepszym przyjacielem i ciągle staramy się robić razem wszystko co się da!

Nie tylko świetnie współpracuje się z nią domem i rodzinnymi sprawami.
Ale przede wszystkim pomaga mi zarządzać moimi emocjami, gdy ja sam nie umiem poradzić sobie ze światem.
Gdy mnie przerastają różne sprawy.

Dlaczego wrzucam zdjęcie pasty w sosie śmietanowo-krewetkowym?
Bo to akurat rzecz, którą mi się udało dla niej zrobić ostatnio, która dała jej uśmiech.
A moja żona lubi być anonimowa :))

Piszę o niej, bo wiem, że wiele kobiet stoi za swoimi mężczyznami, po cichu.
Nie chcą się wychylać, pokazać i przez to
często nie dostają docenienia i uznania.
My faceci, kochamy Was i dziękujemy
Ten post to niespodzianka dla niej więc im więcej reakcji zostawicie tym bardzie prawdopodobne, że jej wpadnie 😍🧡

Ostatnio ktoś mnie zapytał:„Skoro Twoja żona potrafi sama karmić, rozszerzać dietę, ogarniać te wszystkie rzeczy… to po ...
13/02/2026

Ostatnio ktoś mnie zapytał:
„Skoro Twoja żona potrafi sama karmić, rozszerzać dietę, ogarniać te wszystkie rzeczy… to po chce żebyś z nią to robił?”

Albo:
„Nie lepiej, żeby jedna osoba robiła swoje, a druga w tym czasie ogarnęła coś innego?”

Kiedyś też tego nie rozumiałem, ale zacząłem z nią o tym rozmawiać i próbować zrozumieć co za tym stoi w jej sercu.

Przecież ona potrafi, jest zaradna i ogarnia.
Tylko że tu nigdy nie chodziło o to, czy potrafi sama. Tylko o coś znacznie głębszego.

Moja żona nie chce, żebym karmił dziecko dlatego, że sobie nie radzi.
Ona chce, żebym był przy tym, bo to jest dla niej ważne. Moja obecność i współpraca.

Karmienie to nie tylko łyżeczka i papka.
To pierwszy kontakt z nowym światem.
Dla niej to stres: „czy się nie zadławi?”
To napięcie: „czy mu smakuje?”, ale też radość: „zobacz, otworzył buzię. już sam chce.”

I kobieta nie chce przeżywać tego sama.

Ona chce, żeby ktoś widział i żeby ktoś się ucieszył tak samo.
Żeby ktoś powiedział: „wow, to jest coś naprawdę dużego!”.
Dla niej to nie jest „czynność”, tylko kawał matczynego życia.

Faceci często patrzą zadaniowo:
„Ktoś musi karmić, a ktoś musi sprzątać. Podzielmy obowiązki.” Sam w to wpadam.

A kobieta często patrzy relacyjnie:
„Chcę, żebyś był w tym ze mną.
Potrzebuje Twojego wsparcia, obecności i zaangażowania.”

To jest potrzeba wspólnoty i współodpowiedzialności.
Dzięki temu może się czuć widzianą i dzielić się ciężarem mentalnym. Którego my faceci, przynajmniej ja, przy karmieniu nie mamy.
Ona nie chce być jedyną osobą, która wszystko pamięta, przewiduje i kontroluje.
Która sama w domu jara się pierwszymi sukcesami dziecka, bo ojciec jest zbyt zajęty sprawami.

Kiedy ja siadam i karmię dziecko, to nie chodzi o to, że robię „jej robotę”. Ona siedzi obok i uśmiecha się od ucha do ucha.
Cieszy się, że potrafię cierpliwie dziecku pomagać poznawać świat jedzenia. Że nie krzyczę, cieszę się z tego.
Mówi ,,dziękuję, że potrafisz wprowadzać w to spokój i łagodność. To dla mnie ważne.”

Chodzi o to, że mówię bez słów:
„To jest nasze dziecko i to jest nasze życie.
Nie jesteś w tym sama, bo ja też o to dbam.”

I jest jeszcze coś.

Kiedy jestem przy rozszerzaniu diety, przy pierwszych próbach, przy bałaganie, przy radości - uczę się swojego dziecka.

Nie tylko patrzę, jak rośnie. Jaw tym uczestniczę i to buduje więź, której nie da się nadrobić weekendem.
A ta bliskość, kiedy syn odwraca głowę żeby spojrzeć mi w oczy i jego główka pod moją brodą, wzruszają mnie do głębi duszy.

Moja żona nie potrzebuje mnie jako pomocnika, a raczej potrzebuje mnie jako partnera. Nie do „ciężkich męskich spraw”, tylko tych zwykłych, codziennych, które czasem przerastają.

Czasem łatwiej jest iść do pracy niż zostać przy łyżeczce kaszki i chaosie.

Ale prawdziwa odwaga nie polega na unikaniu bałaganu, tylko na odnalezieniu się w nim razem.

13/02/2026

13 lutego Dzień Kochania Samego Siebie. Czy to prawda? Jeśli kocham siebie, to wybieram dla siebie, to co najlepsze. A jeśli myślę, że nie zasługuje to wybiorę źle i tak zostanie, aż poznam swoją wartość i się uwolnię 🧡

„Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.”A siebie kochasz?To zdanie znamy na pamięć.Powtarzamy je od dziecka.Cytujemy...
13/02/2026

„Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.”
A siebie kochasz?

To zdanie znamy na pamięć.
Powtarzamy je od dziecka.
Cytujemy i udostępniamy.

Ale rzadko zatrzymujemy się na tej drugiej części.

„…jak siebie samego.”

A jeśli siebie nie kochasz?
To jaką miarą mierzysz miłość do innych?

Dziś jest dzień kochania siebie.
Dla mnie ważniejszy dzień od walentynek.
I nie chodzi o świeczki, kąpiel i hasztag selflove.
Chodzi o coś głębszego.

Wielu z nas kocha innych kosztem siebie.

Dbamy o dzieci.
Dbamy o męża.
Dbamy o żonę.
Staramy się, dopasowujemy, wyprzedzamy potrzeby,
chcemy być dobrzy, cierpliwi, wyrozumiali.

I w tym wszystkim… coraz mniej nas.

Miłość bez miłości do siebie jest jak naczynie,
z którego ciągle ktoś czerpie,
a nikt go nie napełnia.
Nieraz czułem się bezsilny,
bo chciałbym lepiej,
a już nie miałem zasobów.

Na początku dajesz z radością.
Potem z obowiązku, potem z wysiłku.
A potem… zaczynasz krzyczeć, płakać.

Nie dlatego, że przestałeś kochać,
tylko dlatego, że już nie masz zasobów
by dawać Miłośćz

Nie da się długo dawać,
jeśli siebie traktujesz jak ostatniego w kolejce.

Nie da się być cierpliwym rodzicem,
jeśli nigdy nie jesteś cierpliwy wobec siebie.

Nie da się budować czułego związku,
jeśli własne potrzeby uznajesz za fanaberię.

Miłość do siebie to nie egoizm,
tylko odpowiedzialność.

To powiedzenie:
„Moje zmęczenie jest ważne.”
„Moje granice są realne.”
„Moje serce też potrzebuje troski.”

Kiedy kochasz siebie,
nie dajesz z lęku przed odrzuceniem.
Nie dajesz, żeby zasłużyć.
Nie dajesz, żeby być wystarczającym.

Dajesz z pełni.

A z pełni rodzi się partnerstwo.
Z pełni rodzi się cierpliwość.
Z pełni rodzi się miłość,
która nie wybucha po cichu po latach.

Może więc dziś, 13 lutego,
zanim powiesz komuś „kocham Cię”,
zatrzymaj się i zapytaj:

Czy mówię to też do siebie?

Jeśli Bóg mówi,
że mamy kochać bliźniego jak siebie samego,
to może najpierw zaprasza nas
do nauczenia się czułości wobec
własnego serca.
Ależ by to było piękne, traktować siebie
z taką czułością co innych.

I może właśnie od tego
powinno zaczynać się każde partnerstwo.

Od człowieka,
który potrafi być dla siebie domem,
zanim spróbuje nim być dla kogoś innego.

Czy mógłby Pan uczyć mężczyzn rozumieć relacje jak Pan - taki pytanie często dostaje przez ostatni rok. Zgoda - tylko po...
12/02/2026

Czy mógłby Pan uczyć mężczyzn rozumieć relacje jak Pan - taki pytanie często dostaje przez ostatni rok. Zgoda - tylko pod jednym warunkiem. Musicie mi w tym pomóc! Zostawcie reakcję i komentarz, bo muszę wiedzieć co Waszym zdaniem my powinniśmy lepiej rozumieć?
Ja nie jestem omnibusem, ale zostałem zaproszony na największe wydarzenie
w Polsce tylko dla mężczyzn,
zebym dzielił się tym co daje na profilu!
Tylko, że najwięcej wiem od koleżanek i przyjaciółek, a najwięcej od żony.
To świetna okazja, żebym posłuchał Was i dowiedział się co Wam, kobietom, w sercu gra. Pomożecie?😊

Panowie, spokojnie, widzę, że mój post o zaangażowanym tacie w połogu, który dba o swoją kobietę i dom bardzo Was zabola...
12/02/2026

Panowie, spokojnie, widzę, że mój post o zaangażowanym tacie w połogu, który dba o swoją kobietę i dom bardzo Was zabolał 😄

Właściwie mnie to nie rusza, bardziej mnie to ciekawi. Bo widzę, że dla niektórych męskość kończy się na wyglądzie,
a zaczyna problem, gdy facet zaczyna brać odpowiedzialność za swoje życie.

Po zdjęciu Tomi, widzę, że dla Ciebie ,,męski” to twardziej, krzykacz, Pan kobiety - zamiast
Pan domu.

Jeśli dla kogoś „pantoflarz” to facet, który,
wstaje w nocy do dziecka,
ogarnia dom, kiedy jego kobieta dochodzi do siebie po porodzie,
słucha jej zamiast uciszać,
i nie potrzebuje dominować, żeby czuć się męsko

to spoko.
Mogę być pantoflarzem 😅

Bo ja wiem, kim jestem, kiedy gasną światła, nie ma publiki i nikt nie patrzy.
Nie potrzebuje żeby mnie kolesie przy piwie klepali po plecach,
tylko żeby żona i dziecko ze spokojem
przy mnie zasypiali w nocy.

Tomi, męskość to nie jest groźna mina do zdjęcia, to jest odpowiedzialność.

To jest moment, kiedy nikt Ci nie klaszcze,
a Ty i tak robisz swoje.
Kiedy zamiast gadać o sile, to jesteś silny.
Kiedy zamiast udowadniać, że rządzisz, dbasz o tych, za których odpowiadasz.
Dlaczego ja wybrałem tę drogę?

Bo moje przykłady z życia to św. Józef,
a nie Ferdek Kiepski.
Dbanie o moją rodzinę wynika z tego,
że jestem szczęśliwy, a szczęśliwi dają,
a harmonia świata oddaje im to po cichu.

Łatwo być „samcem alfa” w komentarzach.
Trudniej być mężczyzną w domu.

A ja naprawdę nie potrzebuję udawać twardziela w internecie, żeby czuć się dobrze ze sobą.

Mam rodzinę, spokój w głowie i kobietę, która wie, że może na mnie liczyć.

Błogosławie Ciebie, bo wierzę, że zrozumiesz,
że świat nie polega na tym,
że najpierw mamusia podkłada
wszystko pod nos.
A później kobieta.

Kacper

Dlaczego moja żona „nie zajmuje się domem”, skoro ciągle w nim siedzi?Nie zajmuje się większym sprzątaniem, ani nie zajm...
12/02/2026

Dlaczego moja żona „nie zajmuje się domem”, skoro ciągle w nim siedzi?

Nie zajmuje się większym sprzątaniem, ani nie zajmuje się gotowaniem.
Nie myje wanny, piekarnika, nie ogarnia dużego prania.
A ja chodzę do pracy, wracam zmęczony… i obowiązki domowe są na mojej głowie.
I tak się umówiliśmy i tak jesteśmy szczęśliwi.

Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta: urlop macierzyński.

I nie, to nie jest urlop w rozumieniu „odpoczynku”.
To jest urlop od pracy zawodowej, żeby móc całym sobą wejść w bycie mamą.

A to, co dzieje się wtedy w domu, to rzeczy, których naprawdę nie widać z zewnątrz.

Bo nikt nie opowiada o tym, że karmienie to nie jest „siadasz i karmisz”.
To czasem łzy, ból, walka o każdą udaną próbę, zastanawianie się czy dziecko najadło się choć trochę.

Albo że Twoje niemowlę nie ma instrukcji obsługi. A nie pasuje do „ogółu”.
Każdy płacz może znaczyć wszystko głód, zmęczenie, ból brzuszka, dyskomfort, napięcie, przestymulowanie.
A ona musi to odgadnąć. Sama.

A no i nie ma wioski.
Kiedyś kobiety miały mamy, babcie, siostry obok siebie. Dziś wiele matek jest przez 10 godzin dziennie same. My mieszkamy w mieście i nie ma blisko do nikogo z rodziny.
Z dzieckiem na rękach i wszystkimi myślami w środku, zostaje się czasami sama.

Albo wstaje w nocy kilka razy, więc w dzień nie funkcjonuje jak człowiek, tylko jak zombi, które próbuje dotrwać do popołudnia.

Cały jej dzień jest w trybie czuwania.
Nie ma przerwy, nie ma „zaraz zrobię sobie kawę”. Dziecko nie zna pojęcia: mama ma chwilę dla siebie.

Do tego uczy się siebie na nowo.
Nowego ciała, nowych emocji, lęków, które wcześniej nie istniały.
I tego, że odpowiedzialność za małego człowieka potrafi przytłoczyć do łez.

I jeszcze to pytanie w głowie, które wraca codziennie:
„Czy to, co robię, jest dobre? Czy jestem wystarczająca?”
Skąd to wiem, bo bardzo dużo rozmawiamy,
staramy wymieniać się ile się da.
Dlatego wiem, że wyjście do pracy bywa szczególnie dla facetów zbawienne.

I temu nie boję się brać na siebie obowiązków domowych.
Nawet jeżeli ludzie w internecie się śmieją, że robię robotę dla bab.
To jest wsparcie dla kobiety, która codziennie daje z siebie wszystko, żeby nasze dziecko czuło się bezpiecznie.

Skąd to wszystko wiem? Bo pytam moją żonę codziennie co były dla Ciebie dzisiaj dobre,
ale też co było dla Ciebie trudne i ona
może zwentylować swoje serce,
żeby złapało oddech.

A do tego posta zainspirowałamem
się cudowną Mum and the city
Są posty, które warto przypominać 😊
🧡

Czy związek osoby wierzącej i niewierzącej ma szansę przetrwać? O tym, co czasami warto wiedzieć wcześniej.Na początku p...
11/02/2026

Czy związek osoby wierzącej i niewierzącej ma szansę przetrwać? O tym, co czasami warto wiedzieć wcześniej.

Na początku prawie zawsze brzmi to tak samo:
„Przecież to nie ma znaczenia”.
„Szanujemy się”.
„Miłość jest ważniejsza niż wiara”.
„Jakoś to będzie”.

I może tak przez jakiś czas naprawdę jest.

Znam jednak kumpla. Dobrego, mądrego faceta.
Ma żonę i dzieci w wieku nastoletnim.
I przez wiele lat był dokładnie tam, gdzie dziś jest jego żona.
Wiara była mu obojętna, a czasem wręcz drażniąca.

A potem coś się w nim stało, łaska go dotkneła,
zaczął wierzyć, kochać Boga i chcieć Go poznawać.

Nawrócił się.

Nie stał się „religijny”, ale nagle świat nabrał sensu i kolorów.
Zmieniły mu się wartości, zaczął zwracać uwagę na swoje postępowanie.

I wtedy zaczęły się schody, o których nikt na początku nie mówi.

Bo on chciałby, żeby dzieci poznały Jezusa.
Żeby nawiązały z nim żywą relacje,
która jego uwalniała i pomagała stawać się lepszym człowiekiem.

A jego żona…
Jest dokładnie tam, gdzie on był kiedyś.
Z poczuciem pogardy do takich rzeczy, niechęci.

I nagle okazało się, że w domu jest jedyną osobą wierzącą.
Jedyną, która nosi w sobie coś, czego nie ma z kim dzielić.

Są rodzinne spotkania.
Rozmowy przy stole.
Żarty, półsłówka, ironia.
A on siedzi obok osoby, którą kocha,
i czuje, że w tej jednej, najważniejszej dla niego sprawie…
jest sam.

Nie ma wsparcia, ani wspólnego języka.
,,To twoja zabawa i mnie w to nie mieszaj."

To jest cicha codzienność. W innych tematach dalej mogą rozmawiać,
dalej mogą jeździć na wakacje, jeść wspólne obiady.
A jednak zawsze czuje w nim jakiś ból, kiedy o tym mówi.

Wytłumaczył mi, że różnica wiary na początku często nie boli.
Boli dopiero wtedy, gdy pojawiają się dzieci i trzeba podejmować decyzje wychowawcze.
Kiedy wartości przestają być teorią, a zaczynają mieć duchowy sens.
Kiedy oboje zmierzacie w przeciwnym kieruku, chociaż oboje
żyjecie pod jednym dachem.

Wtedy wychodzi na jaw coś, co wcześniej było niewidoczne:
że wiara to nie jest „dodatek”, tylko prawdziwy kierunek.

I jeśli każde z was idzie w inną stronę,
to nawet największa miłość
zaczyna iść pod górę.

Dlaczego o tym piszę? Bo dostaję od Was wiele historii, przychodzicie do mnie
i zwierzacie się z tego, że się modlicie za swoją drugą połówkę.
Żeby się nawróciła, żeby przestała coś robić... i wciąż nic.

Ale warto mieć odwagę nazwać prawdę:

Miłość bez wspólnych fundamentów
wymaga ogromnej dojrzałości, cierpliwości i gotowości
na samotność w ważnych sprawach.

Ja wierzę, że to nie przekreśla szans, ale też jest bardzo trudne.

Nie pytaj tylko, czy kochasz.
Zapytaj swojego partnera/kę, tak ja z moją żone:
Dokąd zmierzasz? Jakie wartości chcesz przekazać dzieciom?
Do kogo pójdziesz, gdy przyjdzie kryzys?
Kto stanie obok, gdy wiara przestanie być teorią, a stanie się decyzją?
Czy ważniejsza jest dla ciebie mama czy małżeństwo?

A wiara…
wiara jest czymś, co albo łączy bardzo głęboko,
albo bardzo wyraźnie pokazuje różnice,
których nie da się już zamiatać pod dywan.

I dobrze to wiedzieć
zanim życie samo zacznie zadawać te pytania,
czasami dopiero po ślubie.

Kacper

Dlaczego w kryzysie ważniejsze od racji jest wsparcie? Koleżanka opowiedziała mi ostatnio historię, która na pierwszy rz...
11/02/2026

Dlaczego w kryzysie ważniejsze od racji jest wsparcie?

Koleżanka opowiedziała mi ostatnio historię, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak zupełna błahostka.
Byli na Uwielbieniu na stadionie.
Zapiekanka. Pieczarki. Kolejka ludzi w przerwie na jedzenie. Nic wielkiego. A jednak to, co się tam wydarzyło, bardzo mnie poruszyło.

Stała z mężem i siostrzenicą przy okienku w budce z zapiekankami.
Dziewczynka jasno powiedziała, że chce zapiekankę z serem i salami, ale bez pieczarek, bo ich nie lubi.
Kiedy dostała zapiekankę z pieczarkami, ciocia spokojnie zwróciła uwagę, że zamówienie było inne.
Na co kasjerka, mówi, że ma dużo klientów,
nie będzie jej robić drugiej bo to tylko pieczarki.
Moja koleżanka się wkurzyła, nie chciała dawać zapiekanki siostrzenicy, skoro zapłaciła, za taką bez pieczarek.
Sprzedająca odmówiła wymiany, mówiąc, że to tylko pieczarki i że dziecko „jakoś to zje”.

Zrobiło się napięcie. Kolejka patrzy. Presja rośnie. Koleżanka nie miała zamiaru odpuszczać.

I wtedy pojawił się mąż. Chciał załagodzić sytuację. Powiedział coś w stylu:
,,Daj spokój, niech zje, nic się nie stanie, chodźmy już. Przesadzasz, to tylko pieczarki.” I w tym momencie wybuchła awantura. Duża. Emocjonalna. Z pozoru nieadekwatna do sytuacji.
Niezrozumienie, płacz i zawód.

Dopiero później, kiedy rozmawialiśmy na spokojnie, wyszło, że wcale nie chodziło jej
o pieczarki. Krok po kroku wyszło.

Chodziło o tą małą dziewczynkę , która nagle stała się dla tej kobiety nią samą z dzieciństwa.
Dziewczynką, którą zmuszano do jedzenia rzeczy, których nie chciała.
Której nikt nie słuchał. Której granice były ignorowane, bo „nie przesadzaj”, „zjedz i nie marudź”, „nic ci nie będzie”.
I w tamtej chwili ona nie walczyła z kasjerką. Ona walczyła o to, żeby to się nie powtórzyło. Żeby choć jedno dziecko nie musiało przeżyć tego samego.

I najbardziej bolało nie to, że kasjerka nie chciała wymienić zapiekanki. Cieszyła się, ze w końcu może zawalczyć. Najbardziej bolało to, że mąż nie stanął po jej stronie.

Bo facet w takich momentach nie jest od tego, żeby było „miło”, „bez afery” i „żeby ludzie się nie patrzyli”. Jest od tego, żeby być kotwicą. Żeby powiedzieć: „Widzę cię. Jestem z tobą. Możesz na mnie liczyć”. Nawet jeśli sytuacja wydaje mu się błaha. Nawet jeśli sam by machnął ręką. Nawet jeśli boi się oceny innych. To kobieta, nie jest tylko, żeby bronić jej przed oprychami.

I chcę to powiedzieć jasno: on nie był złym mężem.
On zrobił to, czego nauczyło go życie - uspokoić, załagodzić, przejść dalej.

Kobieta w kryzysie nie potrzebuje mężczyzny, który ją uspokoi kosztem jej granic. Potrzebuje mężczyzny, który ją ochroni, nawet jeśli nie do końca rozumie, co się w niej właśnie odpaliło. Bo nigdy nie wiemy, z jaką historią dana sytuacja się łączy. Jaką ranę dotyka. Jakie wspomnienia budzi.

Bycie po stronie swojej kobiety nie oznacza, że zawsze ma rację. Oznacza, że w chwili napięcia nie zostaje sama.
A rozmowa o racjach przychodzi później - w ciszy, w domu, bez publicznego podważania. Oznacza, że zawsze ma twoje wsparcie. I że jeśli trzeba coś wyjaśnić, to robi się to później, na osobności, z czułością. A na zewnątrz jesteście drużyną. Jednym frontem.

Facet, który potrafi stanąć obok swojej kobiety, nawet w niezręcznej sytuacji, daje jej coś bezcennego. Poczucie bezpieczeństwa, a z tego rodzi się zaufanie, bliskość i miłość, która naprawdę przetrwa.

Wiecie już, że to nie pieczarki są problemem, tylko to stare rany wołają o to, żeby ktoś w końcu powiedział: „Już nie jesteś sama”.

W relacjach bardzo rzadko kłócimy się o to, co widać na wierzchu.
Najczęściej walczymy o coś, co kiedyś zostało nam odebrane.
I dopóki tego nie zobaczymy - będziemy się mijać, nawet z najlepszymi intencjami.

Przepraszam jeśli to za długi post, ale czasem te pisane na emocjach wymagają wypluci odpowiednich słów.
Dajcie znać czy doczytaliście do końca.
Kacper 🧡

Wiecie gdzie trafiają dzieci bite i zaniedbywane?Których rodzice to… bardziej dzieci.Do miejsc, w których figurują jako ...
10/02/2026

Wiecie gdzie trafiają dzieci bite i zaniedbywane?
Których rodzice to… bardziej dzieci.

Do miejsc, w których figurują jako wychowankowie.
Już przestają być córką i synem.
Już nie mają do kogo powiedzieć mamo i tato.

Są tylko wychowawcy, placówka i inne dzieci,
których ,,nikt nie chce.”
Tak trafiają do domu dziecka.

Wiele takich placówek ma braki.
Nie stać ich na wszystko.

Wiele dzieci boi się tam trafić,
mimo, że w domu przemoc i alkohol.
Chociaż nie ma miłości, to nie jestem
wychowankiem…

Ja chodzę do takich dzieci już kilka lat.
Wiem, że oni liczą na dobre dusze,
które im dadzą swoje serce.
Które dadzą swój czas i uwagę.

Wiecie ostatnio jak urodził się mój syn,
to nie mam już tyle czasu.
A tymczasem potrzeb przybywa.

Dlatego zostałem ambasadorem fundacji,
która pomaga dzieciom opuszczonym,
wzięli też pod opiekę dzieci, które
dobrze znam.

Płacą za terapię,
opłacają kursy i szanse na przyszłość,
opłacają prawo jazdy.
Opłacają leczenie, potrzebny sprzęt,
uczestniczą we wchodzeniu w dorosłość.

Jeśli chcecie być dla nich wirtualną rodziną,
to zostawiam w komentarzu link do wspierania.
Jeśli udostępnicie tego posta,
jeśli poślecie go dalej.

To będę Wam za nich zawsze wdzięczny.
Bo to my teraz wiele z tym dzieci możemy
uratować, przed powrotem do złych miejsc.

Kacper 🧡

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Pedagog Szczęścia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram