28/02/2026
Zrobię dziś coś, co się w cyklu przemocy po cichu nie zdarzyło. Podzielę się swoim osobistym doświadczeniem 🫣
Rzadko to robię, bo nie chcę kierować uwagi czytelnika na mnie, tylko na zjawisko, które opisuję, ale ten rodzaj przemocy jest tak bardzo w naszym społeczeństwie gloryfikowany, że na bank ten post uszczypnie nie jedno mamine lub tatusiowe serduszko 😎
Zatem chcę abyś czytelniku lub czytelniczko mógł(a) dostrzec te taktyki od strony praktycznej, życiowej. Musiałabym więc opisać doświadczenia pacjentów lub ludzi których znam, a tego robić nie chce. Zatem opiszę swoje - licząc na Twoją wyrozumiałość.
Zdarzało mi się być kiedyś w relacji, w której ktoś bardzo dużo dla mnie robił. Organizował sprawy, przejmował moje zadania, podejmował za mnie decyzje (choć wcale o to nie prosiłam), kontaktował się z innymi „w mojej sprawie”, załatwiał rzeczy szybciej i skuteczniej, niż ja bym to zrobiła sama. Brzmi cudownie? Przyznać się, kto z Was pomyślał: „I co tu narzekać! Też bym tak chciał/a”?
Często słyszałam, że ta osoba robi to z troski, że chce mnie odciążyć, że wie lepiej, co będzie dla mnie dobre. Gdy próbowałam coś zrobić samodzielnie albo odmówić, pojawiało się napięcie, urażenie, wycofanie albo przypominanie, ile już zostało dla mnie zrobione „To ja tu żyły dla Ciebie wypruwam, a Ty się tak odwdzięczasz?”. W praktyce oznaczało to, że moja przestrzeń decyzyjna się kurczyła, a moja autonomia była traktowana jak niewdzięczność. Z zewnątrz ta relacja wyglądała jak opiekuńcza i pełna zaangażowania, ale w środku doświadczałam ciężaru zobowiązania i presji dostosowania. Miałam ciągle uczucie balansowania między moją autonomią, a zrobieniem tej osobie przykrości i ryzykiem odrzucenia, a przecież zależało mi na tej relacji. W myślach stawiałam się do pionu mówiąc „Jesteś dorosła, masz prawo żyć po swojemu, a jeśli to komuś nie odpowiada to być może musisz pogodzić się z utratą tej relacji” no ale w praktyce moja odwaga do stawiania granic gdzieś się rozpływała jak miód w ciepłym mleku, które dostawałam gdy chorowałam.
Zaczęłam więc robić pewne rzeczy „po cichu” w tajemnicy, unikałam rozmów o problemach, aby nie uruchamiać „ratownika” u tej osoby. Gdy się jednak sprawa wydała, była złość, często agresja werbalna, szantaż emocjonalny, deprecjonowanie mnie i moich wyborów, obraza majestatu, obgadywanie mnie, foch na kilka tygodni. Od 11 lat nie mam z tą osobą kontaktu. Ufff…jak dobrze.
Psychologia (a jakże 😎) opisuje to zjawisko w kilku powiązanych ze sobą obszarach. Barbara Oakley w pracy o patologicznym altruizmie pokazuje, że pomaganie może służyć regulacji emocjonalnej i tożsamości „pomagającego” kosztem odbiorcy, zwłaszcza gdy ignoruje jego granice i potrzeby.
Badania nad narcyzmem kolektywnym wskazują, że część osób buduje obraz siebie jako wyjątkowo troskliwych i moralnych poprzez publiczne i nadmiarowe pomaganie, które ma utrwalać ich status w relacjach, a czasami to „pomaganie” jest tylko pozorne, aby ocieplić swój wizerunek, utrzymać pozycję zawodową lub społeczną czy zbijać kapitał społeczny lub polityczny (Gebauer i wsp., 2012). Aktywiści walczący o prawa kogokolwiek wiedzą o czym mówię 😉 (w naszych szeregach jest dużo takich osób podobnie wśród polityków i polityczek 🤷🏻♀️ którzy deklarowali się nam pomóc).
Z kolei w literaturze o kontroli koercyjnej Starka pojawia się wątek opieki używanej do podporządkowania, gdzie działania opiekuńcze organizują zależność i ograniczają autonomię partnera czy partnerki.
W relacjach, o których piszę, pomoc pojawia się bez zaproszenia i poza zakresem realnej potrzeby, a odmowa uruchamia sankcje relacyjne. Osoba „pomagająca” wchodzi w kompetencje drugiej strony, np. przejmuje kontakt z instytucjami lub bliskimi, decyduje o sprawach osobistych, a następnie odwołuje się do poniesionych kosztów i poświęcenia. Powstaje dług wdzięczności, który reguluje zachowanie odbiorcy. Samodzielność bywa podważana poprzez komunikaty o niewystarczającej dojrzałości lub niesprawności: „on to jest jeszcze taki młody, głupiutki, co by bez tej matki zrobił”, zagubieniu lub rzekomej niezaradności: „no ta moja córka to taka sierota czasami, ciągle się w jakieś kłopoty wpakuje, ale dobrze że ma ojca, który ją z tych kłopotów wyciągnie”.
Granice są interpretowane jako odrzucenie lub brak lojalności: „a to tak traktujesz ojca/matke, co ci rękę podali gdy nikt nie chciał? Tak ci źle doradzamy tak? To radź sobie sam/a”. Pomoc znika w momentach, gdy odbiorca odzyskuje wpływ, i wraca, gdy ponownie się dostosowuje i ulega „pomagającemu”: „ja tylko chciałem(łam) ci pomóc kochanie, ale najwidoczniej wiesz lepiej to trudno, jutro musisz załatwić kogoś do opieki nad dziećmi bo ja sobie właśnie przypomniałem(łam) że mam ważne spotkanie”. Na poziomie funkcjonalnym rośnie zależność i maleje sprawczość.
Różnica między realnym wsparciem a przemocowym „pomaganiem” dotyczy sposobu, w jaki pomoc wpływa na autonomię i równowagę władzy. Wsparcie jest adekwatne do ZGŁOSZONEJ potrzeby, respektuje odmowę, pozostawia decyzję po stronie odbiorcy i wzmacnia jego kompetencje.
Przemoc przy użyciu pomagania rozszerza zakres działania poza potrzebę, nie pyta o zgodę lub ją „wyłudza”, używa szantażu, zwiększa zależność i pozwala regulować zachowanie drugiej osoby poprzez zobowiązanie. W ujęciu Starka przemoc relacyjna polega na trwałym ograniczaniu wolności i pola wyboru partnera. Gdy pomoc systematycznie zawęża to pole, staje się narzędziem kontroli.
To doświadczenie bywa trudne do nazwania, ponieważ społecznie wysoka wartość pomagania osłabia czujność na jego funkcję władzy.
Zastanów się chwilę. Co słyszy osoba, która doświadcza takiej przemocy? Że to szczęście mieć takich rodziców czy partnera/partnerkę, przyjaciela i że powinien/powinna czuć wdzięczności, co dodatkowo utrudnia rozpoznanie własnego dyskomfortu.
Tymczasem napięcie, poczucie długu i kurczenie się przestrzeni decyzyjnej są trafnymi wskaźnikami, że relacyjna równowaga została naruszona.
Jeśli w czyjejś pomocy stale pojawia się poczucie zobowiązania, a Twoja autonomia znika, masz prawo stawiać granice także wobec działań nazywanych troską.