09/02/2026
„Nie zostawiaj mnie, proszę!” – krzyknęłam, zanim jeszcze zdążyłam pomyśleć, co robię. Pies, który od kilku dni kręcił się po naszym podwórku, właśnie zniknął za rogiem bloku. Była trzecia w nocy, a ja siedziałam na zimnej podłodze w kuchni, ściskając w dłoni klucze do mieszkania. Te same klucze, które godzinę wcześniej wyrwałam z rąk syna.
To była najtrudniejsza noc w moim życiu. Po sześciu miesiącach nieustannych kłótni, pretensji i cichych dni, kiedy syn i synowa zamienili moje mieszkanie w pole bitwy, powiedziałam „dość”. Wyrzuciłam ich. Zostałam sama. I wtedy pojawił się on – brudny, kulawy kundel z jednym oklapłym uchem i spojrzeniem tak smutnym, że aż bolało patrzeć.
Pierwszy raz zobaczyłam go kilka dni wcześniej. Siedział pod śmietnikiem na naszym osiedlu w Łodzi, trząsł się z zimna i patrzył na ludzi z nadzieją. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Ja też nie chciałam – miałam dość własnych problemów. Ale tej nocy, kiedy wszystko się rozpadło, coś mnie tknęło. Wyszłam na klatkę schodową w kapciach i szlafroku, z kawałkiem parówki w dłoni.
– Chodź tu… No chodź…
Pies zawahał się, ale głód był silniejszy niż strach. Podszedł powoli, z ogonem podkulonym między nogami. Dałam mu parówkę i usiadłam obok na schodach. Pachniało wilgocią i kurzem. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu – ja i on, dwa porzucone stworzenia.
Nazajutrz obudziłam się z bólem głowy i pustką w środku. Pies spał zwinięty w kłębek pod drzwiami mojego mieszkania. Przez chwilę miałam ochotę go przegonić – przecież nie mogę brać sobie na głowę kolejnego problemu! Ale kiedy spojrzał na mnie tymi swoimi oczami…
– No dobra, możesz wejść. Ale tylko na chwilę.
Tak zaczęła się nasza codzienność. Nazwałam go Burek – bo był bury jak listopadowy deszcz. Kupiłam mu miskę i starą kołdrę, którą rozłożyłam w kącie kuchni. Na początku był nieufny. Każdy gwałtowniejszy ruch sprawiał, że kulił się ze strachu. Czasem warczał przez sen albo nagle zaczynał wyć – wtedy czułam się tak samo zagubiona jak on.
Przez pierwsze tygodnie żyliśmy obok siebie, a nie razem. Ja chodziłam po domu jak cień, on spał całymi dniami lub patrzył przez okno na dzieci bawiące się na podwórku. Czułam się stara i niepotrzebna – syn nie dzwonił, sąsiedzi unikali mojego wzroku. Nawet sklepowa w Żabce przestała pytać „co słychać?”.
Ale Burek był uparty. Każdego ranka czekał przy drzwiach na spacer. Nawet gdy padało albo śnieg sypał w oczy, ciągnął mnie za rękaw kurtki do parku. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać – ja mówiłam do niego o wszystkim: o synu, o tym jak bardzo boli mnie samotność, o tym jak boję się przyszłości. On słuchał. Czasem tylko położył łapę na moim kolanie albo polizał dłoń.
👇 Przeczytaj ciąg dalszy w komentarzu👇