14/12/2025
– Znowu przyszła sama? – usłyszałam za plecami, kiedy przechodziłam przez podwórko z siatką pełną zakupów i moim czteroletnim synkiem, Antosiem, trzymającym mnie kurczowo za rękę. Głos należał do pani Haliny, sąsiadki z naprzeciwka, która nigdy nie przepuściła okazji, by wbić mi szpilę. – Bez ojca to dziecko na pewno wyrośnie na łobuza – dodała ciszej, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszała.
Zacisnęłam zęby i przyspieszyłam kroku. W głowie dudniło mi od pytań: czy naprawdę wszyscy tak myślą? Czy jestem aż taką porażką? Przecież nie chciałam tego wszystkiego. Nie planowałam zostać sama. Ale życie nie pyta o plany.
Mój świat rozpadł się trzy lata temu, kiedy Bartek – ojciec Antosia – spakował walizkę i wyjechał do Niemiec „za pracą”. Najpierw dzwonił codziennie, potem raz w tygodniu, aż w końcu przestał odbierać moje telefony. Zostawił mnie z kredytem na mieszkanie, dzieckiem i tysiącem pytań bez odpowiedzi. Mama płakała po nocach, tata patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym to ja była winna, że Bartek odszedł.
– Gdybyś była lepszą żoną, nie uciekłby – powiedziała mi kiedyś ciotka Zosia na rodzinnej kolacji. – Faceci nie odchodzą bez powodu.
Nie odpowiedziałam. Wtedy jeszcze wierzyłam, że może wróci. Że może wszystko się ułoży. Ale z każdym miesiącem czułam się coraz bardziej przezroczysta. W sklepie panie szeptały za moimi plecami. Na placu zabaw inne matki patrzyły na mnie z mieszaniną litości i pogardy. Nawet w kościele czułam na sobie spojrzenia.
Najgorsze były wieczory. Kiedy Antoś zasypiał, siadałam przy kuchennym stole i płakałam w ciszy. Czułam się jak wyrzutek. Jakbym zrobiła coś niewybaczalnego. A przecież jedyną moją „winą” było to, że zostałam sama.
Pewnego dnia Antoś wrócił z przedszkola zapłakany.
– Mamusiu, dlaczego inne dzieci mają tatusiów, a ja nie?
Zatkało mnie. Próbowałam coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle. Przytuliłam go mocno i obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę mu poczuć się gorszym.
Zaczęłam szukać pracy. W małym miasteczku to niełatwe – wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Próbowałam w sklepie spożywczym, ale właścicielka powiedziała mi prosto w oczy:
– Pani Aniu, ja rozumiem pani sytuację, ale wie pani… ludzie gadają. Nie chcę problemów.
W końcu dostałam pracę jako sprzątaczka w szkole podstawowej. Nie była to praca marzeń, ale dawała mi poczucie niezależności. Każdego ranka budziłam się przed świtem, szykowałam Antosia do przedszkola i biegłam do pracy. Czasem byłam tak zmęczona, że zasypiałam na stojąco przy zlewie.
Rodzina nie pomagała. Mama powtarzała:
– Może jeszcze Bartek wróci? Może powinnaś do niego zadzwonić?
Tata milczał albo rzucał kąśliwe uwagi o „dzisiejszych kobietach”.
Najbardziej bolało mnie to, że nikt nie pytał, jak się czuję. Nikt nie zapytał, czy daję sobie radę. Każdy miał gotową opinię: sama sobie winna.
Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka Kasia. Zawsze była trochę inna niż reszta – uśmiechnięta, otwarta.
👇 Przeczytaj ciąg dalszy w komentarzu👇