Dr Iza Jąderek

Dr Iza Jąderek Edukatorka seksualna, doradca okołotestowy ds. HIV/AIDS Krajowego Centrum ds. AIDS, Agendy Ministra Zdrowia.

Iza Jąderek
Psycholog, psychoterapeuta, seksuolog kliniczny Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoseksuolog Europejskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej i Europejskiej Federacji Seksuologicznej. Certyfikowana nauczycielka uważności / mindfulness programu MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction), nauczycielka programu compassion MBCL (Mindfulness-Based Compassionate Living). Współpracowniczka organizacji pozarządowych (Fundacja Polski Instytut Mindfulness, Fundacja Edukacji Społecznej, Fundacja Promocji Zdrowia Seksualnego, Fundacja Trans-Fuzja, Stowarzyszenie Akceptacja, Stowarzyszenie Przyjaciół i Rodzin Osób z Zaburzeniami Psychicznymi "Pomost"). Prowadzi psychoterapię indywidualną i par, terapię seksualną, treningi mindfulness, szkolenia dla specjalistów i warsztaty dla osób zainteresowanych rozwojem osobistym. Pracuje również jako psycholog w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, oraz jako wykładowca w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego, gdzie również kończy doktorat.

Dzisiaj jest Imbolc, pradawne celtyckie święto, które wyznacza i celebruje połowę drogi między zimą (zimowym przesilenie...
01/02/2026

Dzisiaj jest Imbolc, pradawne celtyckie święto, które wyznacza i celebruje połowę drogi między zimą (zimowym przesileniem) a wiosną (wiosenną równonocą). Samo słowo podobno oznacza „w brzuchu”.

Jeszcze nic się nie zaczęło, ale też nie da się już udawać, że wszystko zostaje po staremu. I ja bardzo lubię myśleć o Imbolc nie jako o święcie natury, tylko jako o progu i o rozpoznawaniu tego, co zaczyna się dziać w ciele.

To bardzo specyficzny czas. Zupełnie nic jeszcze nie widać, a jednocześnie nie da się nie widzieć, że nic się nie zmienia. I co ważne: to wcale nie jest moment na działanie. To raczej moment, w którym zaczyna być jasne, czego już dłużej nie da się nosić w brzuchu. Nie w sensie emocjonalnego banału, tylko w sensie bardzo dorosłym i bardzo cielesnym. Brzuch to nie są tylko „emocje”. To dosłownie zdolność trawienia i trawienia życia: decyzji, relacji, tempa, zobowiązań oraz ról, które przyjęliśmy czasem z rozpędu, czasem z lojalności, a czasem z czegoś bardzo prawdziwego, co po prostu z czasem się zmieniło.

I dlatego interocepcja nie jest pojęciem z ezoteryki, tylko jednym z najbardziej niedocenianych obszarów naszej świadomości. Ale mamy tu wyraźną sprzeczność interesów.

Z badań wiemy, że zdolność rozpoznawania sygnałów z ciała - np. przeciążenia zanim zmieni się wypalenie, złości zanim zamieni się w wycofanie i urazę, głodu zanim przejdzie w rozdrażnienie - realnie wpływa na jakość naszego życia. Ale kulturowo i społecznie mamy tu dużo do nadrobienia, bo często byliśmy uczeni, że ciało należy kontrolować, żeby „nic nie było czuć i nie było widać”, bo nas "za bardzo odsłania". A prawda, choć niewygodna, jest taka, ze ciało bardzo często wie wcześniej, że czegoś już nie trawi, zanim my jesteśmy gotowi to nazwać.

To jest właśnie ten moment, kiedy jeszcze nie zmieniasz pracy, jeszcze nie kończysz relacji, jeszcze nie podejmujesz decyzji, ale ten twój brzuch przestaje współpracować z udawaniem, że wszystko jest „w sumie okej”.

I bycie na progu nie zaprasza do nowych postanowień, natychmiastowych nazw dla tego co się dzieje, ani wdrożeń robionych na „hura”. Zaprasza raczej do zwyczajnej-niezywczajnej uczciwości wobec pierwszych sygnałów: zmęczenia, niechęci do wstawania i zebrania się, żeby cos zrobić, ciągłego „zapominania” czegoś, westchnień na samą myśl, że coś znowu trzeba coś unieść, z kimś coś wyjaśnić i porozmawiać.

Kiedy czegoś nie trawimy, nie znika to samo, tylko zostaje w nas jak ciężar, który nosimy coraz dłużej i bywa, ze coraz bardziej wbrew sobie.

I ja widzę to w taki sposób, ze Imbolc zadaje pytanie, które nie jest ani duchowe, ani coachingowe, a mocno do środka siebie:
- czego już nie chcę dalej nosić, skoro moje ciało jasno pokazuje, że tego nie trawi?

I na dziś, serio, nie musisz nic z tym robić, wystarczy, ze zobaczysz i nie przeciągniesz na to zasłony.

Więc raz jeszcze: jeśli dasz swojemu ciału dziś głos, co powie dziś jako pierwsze?

Powiem Wam, że pisanie książki to jest naprawdę bardzo zazdrosna kochanka.To pisanie to jest relacja. Relacja z ciałem, ...
27/01/2026

Powiem Wam, że pisanie książki to jest naprawdę bardzo zazdrosna kochanka.

To pisanie to jest relacja. Relacja z ciałem, uwagą, pragnieniem, cierpliwością, frustracją i wkurzeniem. Wymaga delikatności, uważności i zdolności do otwartych, zaciekawionych powrotów.

Ta moja kochanka domaga się obecności. Chce być wybierana codziennie, nawet na chwilę; nie podoba jej się, gdy ją odkładam „na jutro”, potrafi być hojna i okrutna tego samego dnia, a przy tym absolutnie nie znosi pośpiechu ani instrumentalnego traktowania.

Bywa czuła (choć ostatnio rzadko), a bywa taka, ze patrzę na nią w złości i na chwilę zostawiam.

Ale potem wracam, bo wiem, ze tam jest moje serce, zaangażowanie, radość i życzliwość.

I chyba właśnie dlatego ta książka nie powstaje obok mojego życia, ale w samym jego środku.

Przyjemność to kompetencja, nie uczucieMam ostatnio sporo rozmów na temat przyjemnosci. Temat wraca w gabinecie, na szko...
26/01/2026

Przyjemność to kompetencja, nie uczucie

Mam ostatnio sporo rozmów na temat przyjemnosci. Temat wraca w gabinecie, na szkoleniach, mentoringu i często słyszę pytanie: jak te przyjemność poczuć?, albo żal je już jej nie ma. Często tez pojawia się oczekiwanie, ze można zrobić dla siebie jedna, wyizolowaną rzecz i łatwo odzyska się do niej dostęp.
I zwykle za tym stoi przekonanie, że przyjemność się po prostu pojawia, albo nie. Jak impuls albo „chemia”, albo coś co powinno wrócić samo, kiedy tylko będziemy mniej zestresowani, bardziej wypoczęci albo w lepszej relacji.

Tylko że z przyjemnością to nie jest taka prosta sprawa.

Przyjemność nie jest wyłącznie reakcją organizmu. Jest KOMPETENCJĄ - zdolnością naszego systemu nerwowego do odbierania bodźców w sposób, który nie wymaga natychmiastowej kontroli, tłumaczenia, poprawiania albo wycofywania się z niego.

Jeśli przez lata funkcjonowaliśmy w trybie nadodpowiedzialności, czujności, działania a nie odczuwania, „ogarniania” zamiast pozwalania sobie odbierać, to brak ZDOLNOŚCI do doświadczenia przyjemności (zauważcie: nie brak przyjemności) jest informacją.
Tą zdolność nie znika dlatego, że „coś z nami jest nie tak”. Zdolność do jej doświadczania znika, bo nasz układ nerwowy funkcjonował w trybie kontroli, wymuszenia spokoju, uczenia się zachowania bezpieczeństwa kosztem siebie. I do dziś to robi, bo tak pamięta. Układ nerwowy nie ma przycisku „włącz i wyłącz” dlatego proste porady w stylu „zrób jedna rzecz dla nerwu błędnego” tak rzadko cos zmieniaja.

Dodatkowo: przyjemność nie wraca na poziomie decyzji ani deklaracji. Wraca tam, gdzie nasze ciało (czyli nasz układ nerwowy, nasz pierwszy język, którym poznawaliśmy świat, wcale nie głowa) ma warunki, żeby zostać w określonym doświadczeniu, zamiast się z niego ratować.

I być może właśnie dlatego tak wiele osób mówi: „wszystko rozumiem, ale niewiele się zmienia”.
I to się zgadza w zasadzie, bo samo rozumienie nie zawsze przekłada się na zdolność przeżywania. I dlatego nie wystarczy po prostu „bardziej chcieć”, „bardziej się otworzyć” ani „przestać analizować”. Od rozumienia zjawisk nasz świat wewnętrzny rzadko się zmienia.

Rozumienie to jedno a zdolność do czucia i bycia w przyjemności to zupełnie inny poziom pracy - potrzebny tak pracy, jak i w relacjach romantycznych, z bliskimi, i w relacji ze sobą.

I zostawiam Wam pytanie, które często otwiera ważne procesy:
czy w Twoim życiu było więcej sytuacji, w których uczono Cię, jak działać i wytrzymywać, czy takich, w których uczono Cię, jak pozwalać sobie na przyjemność?

Dziś podobno jest dzień czułości. W tej definicji nie wiem, co to dokładnie znaczy, ale wiem jedno: ze mylimy czułość z ...
19/01/2026

Dziś podobno jest dzień czułości.
W tej definicji nie wiem, co to dokładnie znaczy, ale wiem jedno: ze mylimy czułość z ucieczka/czułostkowością a wrzucamy je często do jednego worka.

Czułość wcale nie polega na tym, że wszystko jest miłe, łagodne i na pewnie nie polega na tu, ze zawsze jest miękko. Jeśli tak jest, to jest to karykatura czułości. Czułość to zdolność bycia w kontakcie z tym, co jest, również wtedy, gdy jest niewygodne, nieprzyjemne, nieładne, niespójne albo jeszcze zupełnie nienazwane. Czułość to sposób odnoszenia się do siebie, w którym nie trzeba się poprawiać, przyspieszać ani „dobrze przeżywać”.

Czułostkowość za to często pojawia się tam, gdzie trudno wytrzymać napięcie. To taki moment, kiedy zamiast zostać z tym nieprzyjemnym doświadczeniem, przykrywamy je miłym zdaniem, narracją w stylu „wszystko jest po coś” albo kiedy wygładzamy, żeby nie widzieć istoty tego, co się naprawdę wydarzyło. I - to nie zawsze jest zła intencja - ale zwykle brak chęci / pojemności na bycie w tym, co akurat jest.

Bycie czułą / czułym dla siebie nie oznacza:
- że zawsze siebie rozumiemy
- że sobie wszystko wybaczamy
- że odpuszczamy odpowiedzialność za to, co potrzebujemy zrobić
- że mówimy do siebie wyłącznie językiem, który usprawiedliwia i szuka wymówek.

Czułość bywa jedną z bardziej wymagających postaw, jakie można wobec siebie przyjąć. Paradoks polega na tym, że udawanie, iż nie ma decyzji do podjęcia, zwykle okazuje się formą sabotażu, a wcale nie przejawem czułości. Innymi słowy, czułość wobec siebie czasem oznacza zatrzymanie się wtedy, gdy najchętniej pchnęlibyśmy się dalej. Innym razem z kolei oznacza jednak zrobienie dokładnie tego, czego najbardziej nie chcemy zrobić, i wcale nie po to, aby się zmuszać, tylko po to, żeby w końcu nie uciekać.

Podobnie, czułość polega raczej na tym, że nie oszukujemy się co do tego w jakim miejscu naprawdę jesteśmy - widzimy to jasno i uczymy się brać za siebie odpowiedzialność. Jeśli cos jest przejawem czulosci, to właśnie to, ze widzę siebie i uczę się zrobić dla siebie cos, co będzie uczciwe, choć trudne, zgodne ze mną choć nie zawsze na dany moment przyjemne. Dbanie o siebie nie polega wyłącznie na tym, ze lekko leżę na kanapie lub udaje, ze cos nie ma znaczenia.

To ma znaczenie w relacjach, ponieważ wpływa na to, czy jesteśmy w nich obecni, czy jedynie reagujemy. Ma tez znaczenie w pracy i w prowadzeniu biznesu, ponieważ decyduje o tym, czy bierzemy odpowiedzialność, czy tylko ją omijamy. Ma również znaczenie w odpoczynku, bo pozwala odróżnić regenerację od unikania. No i wreszcie znaczenie w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza tych, których nie da się już odłożyć.

Czułość nie zawsze jest miła, ale bardzo często bywa uczciwa.

"Nie brakuje nam relacji. Tych mamy aż nadto. Brakuje nam więzi" - to zdanie powiedziałam na szkoleniu w Akademii Psycho...
16/01/2026

"Nie brakuje nam relacji. Tych mamy aż nadto. Brakuje nam więzi" - to zdanie powiedziałam na szkoleniu w Akademii Psychologii Przywództwa.

Żyjemy w czasach, w których na poziomie relacji mamy więcej ludzi wokół siebie niż kiedykolwiek. Relacji mamy aż nadto - mamy zespoły, znajomych, współpracowników, partnerów w projektach, grupy na komunikatorach i dziesiątki rozmów w tygodniu. Kiedy tak to wyliczam, wygląda to jak solidna siec: gęsta, aktywna i pełna kontaktów. A jednak wiele osob, a szczególnie liderzy, specjaliści i te osoby, które o dzień prowadzą innych i bierze na siebie wiele zadań, doświadcza poczucia pustki.

Czy dlatego, ze cos z tymi „relacjami” jest nie tak? albo ze są „nieprawdziwe”? Wcale nie. Poczucie pustki nie bierze się z braku ludzi wokół nas, ale z braku więzi.

Relacja to struktura. Można ją utrzymywać latami: pracować razem, mieszkać razem, mijać się pod jednym dachem, wymieniać zadania i obowiązki. Relacja ma swoją logistykę, historię i wspólne sprawy. I nie zawsze wymaga, żebyśmy byli emocjonalnie dostępni. Wystarczy, ze dowozimy i funkcjonujemy.

Więź działa inaczej. Potrzebuje obecności i nie tej rozumianej jako „jestem obok”, ale takiej która mówi: „jestem tutaj z tobą i dla ciebie”. Potrzebuje prawa do potrzeb, gotowości do odsłonięcia choć odrobiny prawdy o sobie, zdolności do zatrzymania się na chwilę w świecie, który ciagle pędzi. I nie powstaje od ilości rozmów, ale od jakości doświadczenia miedzy osobami.

I tu zaczyna się problem. Wielu z nas perfekcyjnie radzi sobie w relacjach, a jednocześnie nie ma żadnej praktyki więzi. Trudno się dziwić: kultura i tempo życia uczą nas czegoś zupełnie odwrotnego, aż w końcu zapominamy jak to jest być blisko.
W pracy uczymy się kontroli, odpowiedzialności, szybkich decyzji i samowystarczalności, a w domu często nosimy w sobie zmęczenie, frustracje i brak jakiejkolwiek ochoty na proste czynnosci. Kontakt z własnymi potrzebami jest ograniczony, więc nie mamy też dostępu do sygnałów drugiej osoby. A kiedy nie mamy kontaktu z potrzebami i umiejętnością proszenia (i nie o prośbę o wykonanie zadania tu chodzi, ale o obecność dla nas) nie mamy też więzi.

Więzi nie da się stworzyć pomiędzy jednym callem a spotkaniem na lunchu, w biegu pomiędzy zadaniami, rolami i planem dnia. Więź potrzebuje otwartości i gotowości uczenia się bycia z kimś bez roli i w decyzji, że chcemy być z kimś w sposób odrobinę bardziej prawdziwy niż to, w czym funkcjonujemy przez cały dzień: a samodzielności, niezależności i doskonałym radzeniu sobie.

Nie brakuje nam relacji, brakuje nam więzi. A to jest podstawa niezależnie od tego, gdzie w życiu jesteśmy i czym się w życiu zajmujemy.

- - - - -
Z tymi właśnie obszarami: więzią, regulacją i obecnością, w kontekście leadershipu i odpowiedzialności zawodowej, pracuję dziś najczęściej.

W niedziele miałam ogromną przyjemnosć poprowadzić  wystąpienie dla Akademii Psychologii Przywództwa Jacka Santorskiego,...
13/01/2026

W niedziele miałam ogromną przyjemnosć poprowadzić wystąpienie dla Akademii Psychologii Przywództwa Jacka Santorskiego, poświęcone "Więzi, bliskości i seksualności jako niewidzialnym, ale fundamentalnym źródłom energii lidera"

To był bardzo intensywny blok: po wykładach o wypaleniu, depresji, lęku i zaburzeniach snu, w miejscu omawiania tak duzych kosztow pracy i realnego zmęczenia, mówilam o tym, jak wracać do życia, jak i czym się na co dzien zasilać.

Mówiłam o tym:
- że relacje to co innego niż więzi i jaka jest miedzy nimi roznica
- że system przywiązania jest głównym regulatorem układu nerwowego
- że napięcie często bywa mylone z „brakiem ochoty”
- że nadmierna autonomizacja jest ceną, jaką wielu liderów płaci za efektywność
a takze, że seksualność w szerokim ujęciu, jako żywotność, ciekawość i zdolność do kontaktu, jest jednym z najskuteczniejszych antidotów na chroniczne przebodźcowanie, zmęczenie i właśnie wypalenie.

Wyjasnilam z poziomu neurobiologii, dlaczego chroniczne pobudzenie układu nerwowego potrafi zniekształcić odczytywanie sygnałów relacyjnych i jak łatwo liderzy mylą napięcie, zmęczenie lub przeciążenie z „brakiem pożądania”, „obojętnością”, czy „emocjonalnym wycofaniem”.

Mówiłam również o tym, że seksualność, rozumiana wlasnie jako żywotność i dostęp do ciała, wpływa na jakość procesów decyzyjnych. Jeśli jestesmy w kontakcie z tym co przezywamy, ze swoimi doznaniami w ciele, to szybciej szybciej wychodzimy z ciagłej czujności i gotowości, a lider wtedy podejmuje trafniejsze, mniej reaktywne decyzje.

Zwróciłam też uwagę na koszt samodzielności i odpowiedzialności za procesy, decyje, ludzi - w pewnym momencie utrwalamy tryb „radzę sobie sam”, nawet kiedy wsparcie jest dostępne. A to prowadzi do iluzji samowystarczalności, która z czasem zaczyna wyniszczać zarówno życie osobiste, jak i zdolność do prawdziwej więzi i bliskości.

To spotkanie pokazało bardzo wyraźnie, że w leadershipie jest ogromna przestrzeń na rozmowę o więzi i seksualności, nie jako „miękkich tematach”, lecz jako realnych determinantach zdrowia, odporności psychicznej i jakości życia.

Cieszę się, że APP wprowadza te obszary do swojej agendy, to odważny i bardzo potrzebny krok. Dziękuję Jackowi Santorskiemu i całemu zespołowi APP za zaproszenie oraz za stworzenie przestrzeni na tak niezbędną rozmowę.

Jeśli w Twojej organizacji albo programie rozwojowym widzisz miejsce na rzetelną, opartą na nauce rozmowę o więzi, regulacji i seksualności w kontekście pracy i życia liderów, chętnie ją poprowadzę. To są tematy, które pracują głęboko i dają natychmiastowy wgląd, a przede wszystkim: dotykają realnych, codziennych kosztów życia i odpowiedzialności

Mam takie ostatnio obserwacje, jak bardzo przeceniamy pojecie, jakim jest wewnętrzna spójność. I jak bardzo wierzymy, że...
10/01/2026

Mam takie ostatnio obserwacje, jak bardzo przeceniamy pojecie, jakim jest wewnętrzna spójność. I jak bardzo wierzymy, że dorosły i dojrzały człowiek powinien być „jednolity”: jasny w swoich decyzjach i, oczywiście, konsekwentny i niezmienny w wyborach.

Ta niezmienność jest czymś, co szczególnie mi gra w myślach: ze dorosłość i siłę postrzegamy jako informacje, ze jak raz podjęliśmy decyzje, to nie można swojego zdania zmieniać, ze nie można się z czegoś wycofać, a jeśli tak sie dzieje, to znaczy ze jesteśmy słabi.
No ale przecież: możemy tęsknić za zmianą i obawiać się co z tej zmiany wyniknie w tej samej minucie, możemy pragnąć bliskości i jednocześnie potrzebować odrobiny dystansu, możemy być zmotywowani i ogromnie zmęczeni jednocześnie.

Czy to jest „niespójność”? Zupełnie nie. To jest ZŁOŻONOŚĆ naszej psychiki, która świadczy o rozwoju i oglądaniu siebie, ZMIENIANIU SIĘ NASZYCH POTRZEB, a nie o braku gotowości lub spójności. I tak wygląda rownież nasze zycie: nie jest żadna prosta linia ani konstrukcją - to kim byliśmy wczoraj wcale nie musi być tym samym kim jesteśmy dzisiaj, i kim będziemy jutro.

I zanim zaczniemy siebie oceniać za „chaos”, „ambiwalencję” czy „brak zdecydowania” możemy sprawdzic, czy to jest przejaw nacisku na siebie, czy raczej gotowość, do tego, żeby się uczyć siebie? I ta presja, żeby „nie zmieniać zdania” czasem jest związana z tym, ze tęsknimy za czymś, co jest rozpoznawalne, bezwysiłkowe i przewidywalne - a to jest cos, co zwykle daje poczucie bezpieczeństwa.

Tylko że ta „znajomość siebie” i stałość wcale nie polegają na tym, żeby odtwarzać to co było, bo jako ze my się zmieniamy - wczoraj, miesiąc temu, rok temu - to oznacza, że jakaś dawna część nas po prostu już nie wróci lub że jej nie ma. I ten rozwój może oznaczać nowe granice, nowe odpowiedzi na podobne sytuacje, nowy sposób widzenia siebie i relacji. To nie zawsze jest przyjemne, ale kiedy wyrosło się ze starych ubranek, to się ich nie zakłada, szuka się nowych. Na TERAZ.

Wiec jeśli myślimy o spójności, to w jakim kierunku:
- czy probuje poznać i iść do siebie teraz?
- czy wrócić do tego kim byłam / byłem kiedyś?

Jeden jest o wewnętrznej prawdzie, a drugi o nostalgii - a to nie jest to samo. I myślę, ze to może być jedno z ważniejszych pytań na sobotę, na wknd, na każdy dzień: czy to czego szukam to patrzenie na stare i iluzoryczne (bo juz nieistniejące), czy chęć i pragnienie zobaczenia siebie na nowo 🙂

Dobrych wkndowych ambiwalencji Wam życzę ☀️

Od kilku dni wracam pracy, do różnych rozmów, spotkań i wiadomości. I w każdym z tych miejsc widzę to samo: jak bardzo n...
08/01/2026

Od kilku dni wracam pracy, do różnych rozmów, spotkań i wiadomości. I w każdym z tych miejsc widzę to samo: jak bardzo nie doceniamy własnej odwagi, jak szybko łapiemy się na tym, „ile jeszcze nie umiemy”, a jak rzadko widzimy, ile już robimy i jak łatwo nam zauważyć zmęczenie a jak trudno sens i troskę. Mówimy o tym, że „to długo trwa”, że „jeszcze nie umiem”, że „to już powinnam umieć”, że „to pewnie ze mną coś nie tak, skoro tak mnie to kosztuje”.

I każde takie zdanie mam ochotę zatrzymać i zapytać: czy widzisz, ile robisz dla siebie? czy widzisz, że to nie jest „przewalanie gruzu”, tylko budowanie mostu do siebie? I że to, co nazywasz wysiłkiem, jest w rzeczywistości troską? Że nie „pracujesz nad sobą, bo jesteś popsuta/y”, tylko poświęcasz czas, energię, emocje i zaangażowanie, żeby być bliżej siebie?

Mam poczucie, że ciągle gubimy ten aspekt. Kompletnie nie widzimy drugiej strony: że to wszystko jest przejawem troski: że robimy, mimo zmęczenia, że wracamy, sprawdzamy, szukamy języka, w którym możemy siebie usłyszeć i postawy, która będzie nam najbliższa.

I jednocześnie myślę sobie, ze to bardzo ludzkie, że widzimy stratę energii, a nie widzimy inwestycji, bo tak jesteśmy zapropgramowani: nasza głową nam szkodzi 😉 szybciej wyłapuje zmęczenie niż troskę, zmęczenie niż sens, nieprzyjemność vs. Przyjemność. I finalnie łatwiej zauważyć napięcie niż fakt, że wkładając te prace próbujmy siebie ocalić.

Ale! To właśnie tutaj jest najwięcej życia. Właśnie w tym siedzeniu w niewygodnym procesie, w powrocie do terapii, choć nie zawsze wiadomo „po co” a pójście na nią czasem wywołuje westchnięcie i myśl „ja pierdole, znowu”, w probie zatrzymania się, choć w środku jest chaos i gonitwa, a przede wszystkim w watpliwościach, choć i tak z nimi idziesz kawałek dalej.

Wiec na dzis: Czy widzisz, Droga Czytająca Osobo, ze Twój dzisiejszy wysilek, twoja terapia, pójście do roboty, na spacer, leżenie na kanapie, pójście spać wcześniej lub później bo rozdział książki wspanialy: czy widzisz, że to, co robisz, jest jednym z piękniejszych przejawów dbania o siebie?

Ja w ogóle nie jestem team przewalania gruzow. I myślę ze nie o to chodzi w życiu - jeśli tak miałoby wygadać zycie, to nie jest to dobre (ani moje) zycie. W moim swiecie, chodzi o to, żeby układać cegły do mostu do siebie, cierpliwie, czasem nieporadnie, ale konsekwentnie. I robić to w swoim tempie! To jest owszem praca, a taka praca jest troska o siebie, dbaniem i uczeniem się bliskości ze soba, a nie naprawianiem.

You go, Girls and Boys!

Dziś 2 stycznia. Jak Wasze życie (noworoczno) piątkowe? 😎Ja mam dla Was myśl-zaproszenie, które do mnie regularnie wraca...
02/01/2026

Dziś 2 stycznia. Jak Wasze życie (noworoczno) piątkowe? 😎

Ja mam dla Was myśl-zaproszenie, które do mnie regularnie wraca!

Ani o planach, celach czy o tym, co „trzeba zrobić w tym roku”, tylko pytanie, które warto miec przy sobie i zobaczyć, co się z nim dzieje w codziennym życiu (bez presji, że musi wyglądać tak samo przez dwanaście miesięcy, bo hej, 12 miesięcy to szmat czasu, i my i też nasze postawy się zmieniamy!)
- jakie jedno słowo/ postawę chcę w tym roku w sobie pielęgnować?

Nie: realizować, dowozić, odhaczać, tylko pielęgnować, jak coś co rosnie w swoim tempie, co potrzebuje uwagi, światła a czasem zupełnie nie nic potrzebuje - żadnych zadań, żadnej presji, tylko pamięci 🙃

I wcale nie musi być „mądre” albo „rozwojowe” a już tym bardziej efektowne - bo np. dla kogoś to będzie „łagodność”, dla drugiej osoby „zdrowie”, jeszcze dla kogoś „lekkość”, „czas wolny” i „sen”, albo zupełnie coś innego.

To pytanie o to, co chcecie mieć przy sobie jak kamyczek pamięci, kiedy życie i tak będzie robiło swoje 😁☀️

No heej!! Jak się macie? 1.01 zawsze przypomina się jeden z moich ulubionych filmow, czyli Lejdis, gdzie cztery wspaniał...
01/01/2026

No heej!! Jak się macie?

1.01 zawsze przypomina się jeden z moich ulubionych filmow, czyli Lejdis, gdzie cztery wspaniałe bohaterki robiły swoją własną tradycję świętowania Nowego Roku w lecie 🥳

Ja to jestem team, ze Nowy Rok jest symbolem, wcale nie magicznym progiem biologicznym lub egzystencjalnym. Wiem, że wiele osób robi sobie podsumowania i plany i to jest ok, i równie ok jest zostawienie tego zupełnie na boku.

Dla mnie rzeczywistość 1.01, ta w której sie dziś obudziłam jest dokładnie taka sama, w jakiej pozlam spać, niezależnie od tego jaką byśmy narracje na nią nałożyli.

Dlatego ani nie robię wielkich podsumowań, ani planów, bo one są turbo umowne, życie dalej się toczy dzień po dniu, bez żadnego harmonogramu, z taką samą wrażliwością, śmiechem, łagodnością lub ich brakiem. I to jest naprawdę piekne. I wcale nie odbiera sensu świętowaniu, cieszeniu się, byciu. Znaczenie można nadać sobie poprzez brak obietnic, które są dla nas surowe, bez poprzeczek za które będziemy sobie dowalać za tydzień i rezygnować, a nie mam wątpliwości, że właściwe znaczenie i pełne dobra dla siebie buduje się poprzez przeniesienie uwagi z przyszłości i magicznego „jutra” na „dziś” (a jeśli coś Wam w najbliższym tygodniu nie wyjdzie, nic straconego, za chwilę będzie Chiński Nowy Rok, po drodze na pewno macie urodziny, okazji do świętowania bez liku - a zawsze wg własnej uwmoy 😉).

Dlatego jeśli miałabym czegoś Wam zyczyc, to zadawnia sobie co dzień pytania:
„co zrobię dziś, żeby stanąć bardziej po swojej stronie?”

01.01 nie jest tym właściwym momentem, ale jeśli obudziliście się z myślą „o, czas na postanowienie!”, to możecie zacząć od tego. Plany są najlepsze wtedy, kiedy są dla nas a nie przeciwko nam 🥰

A to mój Sylwester! czasem wystarczy po prostu iść w stronę słońca, a reszta się układa w swoim tempie ☀️🥳

Miejcie się lekko 💕

Za mną intensywny i niezwykle poruszający wknd na międzynarodowej konferencji Polskie Towarzystwo Seksuologiczne "Budowa...
08/12/2025

Za mną intensywny i niezwykle poruszający wknd na międzynarodowej konferencji Polskie Towarzystwo Seksuologiczne "Budowanie mostów. Współpraca specjalistów dla zdrowia seksualnego".

Intensywny, bo miałam przyjemność i wysiłek współtworzyć zespol Komitetu Organizacyjnego, prowadzić jedna z niedzielnych sesji i pierwszy dzień podczas sesji plenarnej, a poruszający, bo miałam okazje z tak bliska zobaczyć, jak wiele osób - z Polski i zagranicy, rożnych specjalności / specjalizacji, zawodów, towarzystw: naukowych, terapeutycznych, organizacji pozarządowych - wkłada serce i ogrom kompetencji w rozwijanie edukacji dotyczącej zdrowia seksualnego.
Cudownie było patrzeć i oklaskiwać nowych seksuologów / żki kliniczne i superwizorki - zebrała się grupa chyba około 30 osób! W tym wiele moich serdecznych koleżanek - tyle radości i cieszenia się wraz z nimi. A jak słuchałam wystąpień, badań, perspektyw - to byłam oniemiała - takie bogactwo mądrości, wiedzy, pomysłów, zainteresowań. Musimy te konferencje robić częściej, żeby się tym ze światem dzielić, bo „na co dzień” tego nie widać. Zachwyt, doprawdy. A sesji którą prowadziłam w niedziele najchętniej bym nie kończyła, moje koleżanki porwały mnie swoją wrażliwością - te badania i perspektywy mogą realnie nasza rzeczywistość zmieniać.
Do tego na całej konferencji masa osób - prawie 1000 łącznie (na żywo i online).

To co dla mnie najcenniejsze wydarzyło się jednak pomiędzy punktami programu: rozmowy w kuluarach, komentarze, życzliwe pytania, uśmiechy, uważne słuchanie, wzajemne poznawanie się, a czasem mrugnięcie okiem i słowo „dziękuję”, które dla mnie niosą w sobie więcej niż komukolwiek się wydaje.

W tym gronie naprawdę budowaliśmy mosty: między specjalistami, między dyscyplinami, między różnymi sposobami myślenia o seksualności i zdrowiu. I, co dla mnie ważne, także mosty relacyjne: te, które powstają wtedy, kiedy spotkanie jest prawdziwe.

Dziś jestem z docenieniem za każde spotkanie, za każdą osobę, która chciała wnieść swoją perspektywę, za kontakty, wymianę, radości i śmiechy, nowe kontakty, budowanie relacji i poczucia przynależności. I za to, że chcemy siebie słuchać.

Ta konferencja nie byłaby taka, gdyby nie zespół Medycyny Praktycznej, który dopiął wszystko na ostatni guzik oraz najlepszy i jedyny dream team Komitetu Organizacyjnego: Dorota Baran, Joanna Jarocka, Natalia Andrzejczyk-Malczyk, Izabela Fornalik i ja ze swoimi grosikami. Takich dwóch, jak nas 5, to nie ma ani jednej i jednego 😄

A już z bardziej osobistej notki! W niedziele podczas sesji dotyczącej zaburzeń seksualnych miałam okazje przedstawić swoje badanie dotyczące mindfulnessu i seksu i stwierdziłam, ze chrzanie konferencyjne wystąpienia 😀 i zaprosiłam uczestniczące osoby do medytacji - 7 minut wprowadzenia do oglądania w sobie zgody i doświadczania przyjemności 🙂 miałam swoje dzwoneczki, które przypomniały mi, jak po raz pierwszy robiąc badanie nimi dzwoniłam. Wzrusz ❤

Przychodzę dziś do Was z polecajka - idźcie na film „Być kochaną”. A jeśli byliście, bardzo jestem ciekawa Waszych refle...
03/12/2025

Przychodzę dziś do Was z polecajka - idźcie na film „Być kochaną”.
A jeśli byliście, bardzo jestem ciekawa Waszych refleksji i odczuć.

Ten film działa pod skora i zostaje. Widziałam go juz chwile temu, ale równie sporą chwile potrzebowałam go w sobie ułożyć, żeby Wam dwa słowa napisać - i o nim, i o tym, co to znaczy być zależnym w relacji (jakiejkolwiek, nie tylko romantycznej), pozwalać sobie i komuś, żeby był potrzebny, pozwalać sobie budować bliskość, która nie jest o festiwalu sukcesów, a o tym, żeby umożliwić sobie i stworzyć warunki w sobie (emocjonalne), żeby być obejmowanym i trzymanym. I jak bardzo nasze wychowanie, nasze znane „bądź dzielna”, „bądź samodzielna/y”, „grunt to niezależność” robią nam tak, ze perspektywa rozpuszczenia się w czyichś dłoniach, wywołuje w nas lęk, ze ktoś nas nie utrzyma, zostawi, odrzuci.

Wiec kilka refleksji i o filmie i tym, czym jest zależność.

1. Ten film piknie pokazuje ból zależności

Bohaterka nie odrzuca miłości i troski dlatego, że „nie chce”, tylko broni sie, bo nauczyła się, że miękkość jest równoznaczna z zagrożeniem.
Jej zależność jest wybiórcza: chce, żeby maz ją kochał, ale w momencie gdy ta miłość się pojawia wraca jej stary algorytm: „to się za chwilę skończy, więc pokażę ci że jesteś gorszy, a wtedy ode mnie nie odejdziesz / albo będzie lepiej jesli ja odsunę się pierwsza, bo i tak mnie zostawisz jak zobaczysz jaka jestem” (to relacjonuje w pewnym momencie przyjaciółce). I pięknie to widać również w scenie terapii, kiedy terapeutka przykrywa bohaterkę kocem: „nie będę ci zabierać czasu, ty masz innych pacjentów”. I to nie jest uprzejmość z jej strony. To jest lęk przed bezbronnością i kruchością w czyichś dłoniach: że jeśli komuś umożliwimy danie nam czasu tylko dla nas, pełnej uwagi, troski, to może będzie nas „za dużo” albo ktoś nas odrzuci.
W tej scenie terapeutka mówi: „mój czas i uwaga są dla ciebie” i ten właśnie komunikat trafia w nas najglebej - i bohaterka i my się rozpuszczamy, bo przez całe życie wielu z nas nigdy nie poznało sytuacji, że czyjaś uwaga była dla nas, kiedy ni mniej ni więcej tylko po prostu byliśmy. Była często kiedy byliśmy „niegrzeczni”, albo kiedy „zasłużyliśmy najlepszymi ocenami”, a w przypadku tego co działo się w nas wewnętrznie wielu z nas musiało być „dzielnym” i przede wszystkim sobie radzić i radzić samodzielnie.

2. Sabotaż bliskości w relacji czeto nie wynika z braku miłości tylko z braku umiejętności / zgody na to, żeby ktoś był dla mnie dobry.

Bohaterka i my czasami reoragnizujemy codzienność tak, żeby potwierdzić swoje przekonanie: „nikt mnie nie utrzyma”. I kiedy jej mąż tańczy i bawi się z dziećmi ona składa ubranka, kiedy on wyciąga ręce, ona sztywnieje, a kiedy on opowiada o pasji, ona natychmiast generuje problem, który go wycofuje.
Czy to jest chłód? Wcale nie. Tak się reguluje i uspokaja narastający lęk: jeśli wciągnie mnie czyjaś czułość, przyjemność, swoboda, lekkosc, spontanicznosc, to nie będę wiedzieć co robić z ta miloscia, bo mój wzór to obowiązki, zadania, presja, nacisk i powaga.

3. W tym filmie bardzo wyraźnie widać, że deficyt troski rodzi dwie reakcje: pragnienie i odrzucenie.
I ten rozdźwięk jest dobrze zagrany: ona chce bliskości, ale nie ma żadnego mięśnia, który był trenowany do jej przyjęcia. Dlatego wszystko, co daje jej mąż lub ktoś inny (piękna scena w parku, kiedy przyjaciolka probuje ja przytulić) odbiera jako „za dużo”, „zagrażające”, „nieodpowiednie” albo „dzikie” czy „krępujące”. I to tez jest o uczeniu się, ze można być dla kogoś ważnym bez „starania się”, albo „bez walki”. I można po prostu być i wcale nie na 100procent.

4. To jest także film o tym, jak kobiety często są uczone być „lepszą matką/pracowniczką/koleżanka niż partnerką”.

Każdy ma jakiś „bezpiecznik”, w który ucieka, kiedy relacja robi się zbyt intymna: praca, opiekuńczość, obowiązki, mówienie komuś „ja wiem lepiej”. U niej funkcja matki (składanie ubranek, pokazywanie ze wie lepiej jakie są dzieci i czego chcą) chroni ją przed byciem partnerką, bo partnerstwo wymaga odsłonięcia miękkiego brzuszkaa: chcenia, tęsknoty, polegania na kimś, ufania.

5. I wreszcie: to film o tym, jak trudno jest pozwolić sobie być przyjęta/ym
Scena, kiedy terapeutka przykrywa ją kocem, to taki moment zgody na to, żeby ktoś był dla nas dobry, kiedy sami tego nie czujemy. I kiedy pozwalamy, żeby ktoś się o nas zatroszczył, zanim sami umiemy to zrobić.

W tym filmie - kobieta, która całe życie marzyła o bezpieczeństwie, gdy je dostaje, nie wie, co z nim zrobić. I to wcale nie jest prosta sprawa, jakby mogło się nam wydawać.

Bezpieczeństwo wcale nie jest rzeczownikiem w głowie.
Bezpieczeństwo to czasownik, który potrzebuje znaleźć miejsce w naszym ciele, a ono często przez cale życie uczyło się żyć w kontroli i napięciu, czujności, ostrożności, oglądaniu się za siebie, zasługiwaniu i obserwowaniu czy to co zrobię nie wycofa akceptacji i miłości naszych opiekunów.

I to jest piękna i bolesna metafora dla bardzo wielu z nas.
I historia o tym, ze wszyscy i każdego dnia uczymy się jak to jest kochać, jak to jest być blisko, jak to jest kłócić się, jak to jest ufać, jak to jest być sobą przy kimś i swobodnie oddychać.

I na koniec chce jeszcze powiedziec:
- przyjmowanie troski to jest kompetencja, a nie charakter i nie cos, z czym się rodzimy, tylko proces nauki.

I to nie jest tak, ze ktoś jest wybrakowany, zepsuty, tylko że część z nas nigdy nie była uczona bycia w miękkości, dobru, lekkości.
A ten film pokazuje, że jak się raz spróbuje, choćby przez przykrycie kocem, to nasze ciała, serca, dusze reagują od razu: czasem płaczem, czasem ulgą, czasem zakłopotaniem i zagubieniem, czasem usztywnieniem. A czasem, po jakimś czasie, większa przestrzenia w brzuchu i klatce piersiowej i przyjemnością na doświadczenie przyjmowania.

Możemy chcieć relacji, tęsknić za czułością, ale kiedy ona przychodzi, to od razu odpalamy nasze mechanizmy: wyzszlosc, dystans, chlod, obowiazki, prace, sztywnosc. Dlaczego? Bo zależność jawi się nam często jako ryzyko utraty gardy albo ze ktoś nas puści, kiedy będziemy chcieli się o te osobę oprzeć.
I tak jak w filmie, tak i w zyciu, kiedy ona na chwile przestaje być „dzielna” i pozwala się przykryć kocem przez terapeutkę, to ta nie tylko tego nie nadużywa, ale bierze to na siebie: daje strukturę, daje obecność, towarzyszenie, czas, uwagę i troskę. I w takich sytuacjach wszystko w nas, i w filmie peka.
A jak pęknie i się wyleje, wyplacze, odtaja, doświadczy i poczuje, to można to miejsce w sobie i w relacji zapamiętać i UCZYĆ się powtarzać: smakować milosci, dotykać jej, pozwalać sobie doświadczać bycia otoczoną/ym, chcianą/ważnym, kochaną / kochanym.

A te sceny z terapii i z kocem i wyciągniętymi dłońmi, są tak piękne dlatego bo są symbolem k metafora tego, co się w nas dzieje kiedy pierwszy raz pozwalamy, żeby troska nas dotknęła.

Wszystkim ten film - gorąco ❤️

Fot ściągnęłam ze strony Gutek Film.

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Dr Iza Jąderek umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Dr Iza Jąderek:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram