14/02/2026
Freud, inspirując się Arthurem Schopenhauerem, opisał ludzką bliskość poprzez metaforę „dylematu jeża”. Jeże w zimnie muszą się do siebie przytulić, żeby przetrwać. Ale im bliżej są, tym bardziej ranią się kolcami. Zbyt duży dystans oznacza chłód. Zbyt mały to ból. Cała sztuka polega na znalezieniu takiej odległości, która daje ciepło, nie rozrywając skóry.
To trafny obraz miłości. Bliskość jest konieczna, ale nigdy nie jest wolna od napięcia. Pytanie nie brzmi, czy się zranimy, lecz czy potrafimy to wytrzymać i regulować dystans. Głęboka więź nie jest stanem równowagi raz na zawsze osiągniętym. Jest ciągłym dostrajaniem.
Co więcej, w relacji nigdy nie pojawiamy się jako „czyści”. Wnosimy całe swoje dzieciństwo. Reakcje na milczenie, krytykę, oddalenie czy brak uwagi mają historię, często starszą niż sam związek. To, co dziś wydaje się wyłącznie winą partnera, bywa echem dawnych doświadczeń. Dlatego konflikty są tak intensywne. Dotykają nie tylko teraźniejszości, lecz także tego, co dawno zapisane.
Freud dostrzegł również inny, mniej romantyczny paradoks: trudność w długotrwałym połączeniu miłości i pożądania wobec tej samej osoby. tej formule zawiera się napięcie między bezpieczeństwem a erotyzmem.
Stephen Mitchell, w książce wydanej pośmiertnie w Walentynki 2002 roku, oraz Esther Perel w „Mating in Captivity” rozwijali tę intuicję. Miłość potrzebuje stabilności, przewidywalności, codziennej obecności. Eros rozwija się w przestrzeni nowości, niepewności i tajemnicy. To, co daje poczucie domu, nie zawsze rozpala ogień. To napięcie nie jest patologią. Jest strukturalne.
Na to nakłada się zwykłe życie.
William Doherty z Uniwersytetu Minnesoty ujął to prosto: największym zagrożeniem dla dobrego małżeństwa jest codzienność. Nie dramatyczne zdrady, lecz pranie, kredyty, brak snu, obowiązki. Łatwo wtedy pomylić naturalne osłabienie intensywności z dowodem głębokiego niedopasowania.
Badania Johna Gottmana pokazują, że po narodzinach dziecka około 67% par doświadcza wyraźnego spadku satysfakcji ze związku. To nie musi oznaczać zaniku miłości. Często oznacza przesunięcie energii. Rodzice zakochują się w nowym życiu, a relacja partnerska schodzi na dalszy plan. Można powiedzieć, że na pewien czas „odkochują się” w sobie, intensywnie kochając dziecko.
Freud przeczuwał to już w 1883 roku. W liście do swojej narzeczonej Marthy Bernays pisał o przyszłych „niebezpiecznych rywalach” - domu i dzieciach. Wiedział, że miłość romantyczna nie istnieje w próżni. Musi dzielić przestrzeń z obowiązkami i zmęczeniem.
Miłość więc nie tyle znika, ile zmienia warunki. Wymaga świadomego wysiłku, by nie rozpuściła się w organizacji życia. Wymaga ochrony przestrzeni, w której partnerzy pozostają dla siebie kimś więcej niż rodzicami czy współlokatorami.
W tym miejscu wracamy do głębszego wymiaru dojrzałości. Melanie Klein pisała, że kochać to widzieć drugą osobę jako całość - dobrą i niedoskonałą jednocześnie. Bez idealizacji i bez redukowania jej do chwilowych rozczarowań. To wymaga rezygnacji z fantazji o doskonałym obiekcie.
Donald Winnicott dodawał, że w zdrowej relacji trzeba umieć „przetrwać” siebie nawzajem. Wytrzymać czyjąś złość, wycofanie czy rozczarowanie bez natychmiastowego odwetu albo ucieczki. Miłość nie polega na braku napięcia, lecz na zdolności powrotu po nim.
Dojrzała miłość zaczyna się od uznania, że mam swoje kolce i że druga osoba też je ma. Że reaguję nie tylko na to, co dzieje się dziś, lecz także na to, co kiedyś mnie ukształtowało. To "więcej”, którego często szukamy, nie musi oznaczać zmiany partnera ani zmiany życia. Może oznaczać większą czujność wobec tego, co w nas się uruchamia - wobec dawnych lęków, starych obron, automatycznych interpretacji.
Miłość nie jest utopią ani stanem permanentnej intensywności. Jest procesem regulowania dystansu, odzyskiwania bliskości po przeciążeniu i świadomego chronienia przestrzeni dla pożądania wśród codzienności. To inwestowanie w relację nie z powodu tego, że jest idealna, lecz dlatego, że jest realna. Zdaje się że dojrzała miłość nie unika bólu, lecz wytrzymuje bliskość.
Obraz: Jessica Ross Jackson