01/12/2020
Mostek…
„Mostek to kość. Jest twardy. Ale i elastyczny, jak każda kość. Stanowi łącznik pomiędzy prawą i lewą stroną klatki piersiowej. Łączy dwa światy – męski i żeński. Co za niezwykłe miejsce! Mostek w dużej mierze chroni serce. Jest jego kostną tarczą. Musi być wytrzymały – serce jest ważne…To ochroniarz bardzo ważnej persony, zdecydowany brać na siebie uderzenia, te fizyczne, jak i emocjonalne…Mostek może także być kryjówką. Co najczęściej skrywa? Kto się za nim chowa? Łzy. Mostek to most pomiędzy niewypłakanym żalem, tęsknotą, złością, rozpaczą po stracie a spokojem, pogodzeniem się z przemijaniem, ciszą…Jeżeli nie przeżyliśmy w pełni trudnej sytuacji, nie wyrzuciliśmy jej z siebie ze łzami, upływ czasu jest bez znaczenia. Te łzy wciąż w nas żyją. Są. Szepczą do mostka od środka, wyrażają swój żal, prosząc: „Wypuść nas”…Mostek jest mostem pomiędzy „wtedy” a „teraz”. Pomiędzy „wiele lat temu” a „dziś”…
Czas nie leczy…
Mostek jako struktura anatomiczna jest kością płaską, jego poszczególne części są połączone chrząstkozrostami włóknistymi i ma on wszystkie atrybuty miecza: rękojeść mostka, trzon mostka i wyrostek mieczykowaty. Jego przednia powierzchnia jest chropowata, a tylna gładka, może dlatego amortyzują i chłoną ciosy, słowa, osądy i tak szczelnie i zazdrośnie zamykają je w postaci emocji w środku? Wyrostek mieczykowaty jest różny pod względem wielkości i kształtu, ale najciekawsze jest to, że jest w zaniku, ma go około 50% populacji, może dlatego, że jako ludzkość już nie potrzebujemy walczyć i ranić i wchodzimy w erę miłości i komunikacji?...
Most, miecz, tarcza…Pod mostem jest ciemno, cicho, są wiry i doły, albo naniesione łachy piasku, uczepione śmieci, gałęzie, czasem trup, tu ryby szukają schronienia – nasze tajemnice są tu bezpieczne…Wydarzenia, sytuacje, słowa, emocje mogą utkwić w ciele niczym Exkalibur, „miecz światła”, w skale i czekać na rękę kogoś, kto będzie godzien go uwolnić, miecz też jest symbolem honoru, prawości, odwagi i… prostych rozwiązań ciach i po sprawie…Przysięgi składało się z ręką na sercu...Mostek jest tarczą, chroniącą serce, było tak cenne, że ludzie zaczęli tworzyć amulety i nosić je na piersi, jako dodatkowe wzmocnienie tarczy…
Powstrzymywanie emocji boli, łzy zbierane latami wzbierają i napierają coraz mocniej, piętrzą się, aż podchodzą do gardła, wylewają się przez usta, trzeba zaciskać szczęki, bo trzeba być grzecznym…ma być cicho, choć od środka łomocze, to boli…ból w mostku jest bólem przerażającym, odbierającym oddech, rozum, czasem życie…Znam go, nauczyłam się z nim radzić, prowadzi mnie bez pardonu do Prawdy…Ból jest moim sprzymierzeńcem, drogowskazem, przewodnikiem, tarcza nie zawsze jest dobra, Serce musi mieć przestrzeń, to ono jest domem Miłości, a ona nie potrzebuje ochrony…co robią zwierzęta kiedy mają rany? Liżą! Liżą w skupieniu, zatrzymaniu, spokoju, są zajęte sobą, czują, że zaniedbana może grozić śmiercią, w przeciwieństwie do ludzi, którzy robią wszystko by nie patrzeć Prawdzie w oczy, racjonalizując i tłumacząc sytuacje i oprawców…Jest takie plemię bez ziemi – Romowie, wolni, kolorowi, głośni, żywiołowi, oni nie mówią „kocham cię” oni mówią „liżę twoje serce” w tym nie ma tarczy, mostku, miecza…jest czysta Prawda…
Ręka terapeuty dotyka mojego mostka…Nieprzyjemnie, zaczyna mnie dusić, oddech się spłyca, palce się zaciskają w pięści na kocu…Pod mostkiem coś zaczyna się poruszać – wielkie, ciemne, włochate, niczym obudzony w gawrze przed czasem stary, zły i głodny niedźwiedź…Bezsilność zaczyna zaciągać w otchłań rozpaczy, chcę się zrywać i uciekać, ale nie mogę, przecież to dla mojego dobra, spływa skąpa łza, jestem cała spięta, czuję jak wzbiera we mnie agresja, nie chcę tego, nie czuję nóg, zgina mnie kaszel, coś w piersi szuka wyjścia, brakuje mi powietrza, przestaje oddychać, resztką sił odtrącam rękę…mam jedno pragnienie: odwrócić głowę i spojrzeć w oczy temu stojącemu po lewej stronie…wielki niedźwiedź chcę tylko zaspokoić głód…
Rodzę moje pierwsze dziecko. Jestem młoda, zdrowa, silna, miesiąc wcześniej przyjechałam tu z mężem, by urodzić w cywilizowanych warunkach, jeszcze nie umiem mówić po polsku, ale wszystko rozumiem, rosyjski polski takie do siebie podobne…nie boje się, umiem oddychać, lekko radzę sobie ze skurczami, ciesze się, że za chwilę zobaczę mojego upragnionego i wymarzonego syna…Szybko mija pierwsza faza, przychodzą skurcze parte, robi się wokół mnie zamieszanie, dużo ludzi wokół, zapalają przeraźliwie jasne światło…współpracuję z nimi, mam do nich zaufanie, do ludzi w białych kitlach, moja mama jest lekarzem, wiem jak pracuje, ufam lekarzom…Prę ze trzy razy, widzę nożyczki w rękach położnej, rozumiem, że tak trzeba, ma mi pomóc, robi cięcie krocza na skurczu, nawet nie poczułam, jeszcze jeden party, próbuję odetchnąć przed kolejnym…On cały czas stoi po lewej, człowiek bez twarzy, tylko duże dłonie i biały kitel…idzie skurcz, zbieram się do parcia aż człowiek po lewej całym ciężarem swojego ciała wciska swój prawy łokieć z moją przeponę…odebrało mi dech, otworzyłam usta i nie mogłam zaczerpnąć powietrza…reszta jak przez mgłę: moje dziecko trzymane wysoko za nogi i klepane po plecach, bezceremonialne wycieranie szpitalną szorstką pieluchą po jego delikatnej skórze…nie widzę jego twarzy…”no, mama, kogo urodziłaś? Popatrz, kogo tu urodziłaś?” pokazują mi go od pupy „no, widzi, że syn? O jakie ma jaja, proszę potwierdzić, syn?” i zabierają…nawet nie zdążyłam go dotknąć, opadam na poduszkę…łapię powietrze, dociera do mnie, że właśnie urodziłam dziecko, zostałam mamą, zaczynam pochlipywać, w gardle wzbierają łzy…lekarz dobrotliwie klepie mnie po ramieniu „no, nie trzeba płakać, wszystko jest dobrze, musi pani jeszcze urodzić łożysko, nie czas na emocje”…Ten „nieczas” trwał 34 lata…wystarczy.
Puściłam morze łez podczas Lomi Lomi Nui, w troskliwych i bezpiecznych dłoniach, przy świecach i dźwiękach muzyki, na moich warunkach…wybaczyłam sobie i temu, który odebrał mi Cud Narodzin i moje macierzyństwo…skąd miał wiedzieć, przecież był tam dla mojego bezpieczeństwa, wykonywał jak najlepiej swoją pracę…Mostek musiał ustąpić, teraz układa się na nowo z żebrami i obojczykami, ale zrobił się pod nim luz i Serce ma przestrzeń i już nie potrzebuje ani tarczy ani zbroi…bo tylko ono ma zdolność transformacji…”kto mieczem wojuje” już nie ma sensu, a amulety…amulety są po prostu piękne, bo tworzą je ci, którzy potrafią „lizać serca”
Fragment książki "Świat dotyku" Neuroaiki Global Fundacja Hikari Bartłomiej Gajowiec
Zdjęcie naszyjnika z turkusu Kazani Katarzyna Sobocka
Masaż Lomi Lomi Nui Piotr