Inna Perspektywa

Inna Perspektywa Wszystko, co wiemy o otaczającej nas rzeczywistości jest zaledwie perspektywą.

Jedną z wielu, a nam się wydaje, że to jedyna i właściwa prawda, bo punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia...
A gdyby tak spróbować się przesiąść?

BYĆ MATKĄ czy NIE BYĆ MATKĄ? Cz 2.By móc kontynuować moją myśl z części 1.  przypomnę, że mamy 2 reprezentantki:Matka – ...
05/02/2025

BYĆ MATKĄ czy NIE BYĆ MATKĄ? Cz 2.

By móc kontynuować moją myśl z części 1. przypomnę, że mamy 2 reprezentantki:

Matka – kobieta, która ma dzieci, chciane czy nie
Młoda – kobieta, która po przymiarkach wszelakich podjęła świadomą decyzję = dokonała wyboru, że nie chce mieć dzieci (kobiety, które chcą, a nie mogą nie są przez Młodą reprezentowane).

Inna Perspektywa samej decyzji o niepowoływaniu dzieci jest taka, że z tego, co słyszę najczęściej od samych Młodych – nie chcą mieć dzieci, bo dodanie dziecka do swojego życia widzą przede wszystkim jako stratę swojego dotychczasowego życia. I to do tego nieodwracalną! Decyzja „będę miała dziecko” oznacza celowe wprowadzenie się w stan dyskomfortu, zwiększonego wysiłku, wielu rezygnacji itd. To ogromna decyzja – często podejmowana zasadniczo nieświadomie - „bo świat tak działa”. Kobiety nie zadawały sobie pytania „czy ja na pewno tak chcę?”
Jednak wydaje mi się, że świadome decydowanie o swoim macierzyństwie nie jest możliwe, bo Młode widzą tylko to, co stracą, a zupełnie nie widzą tego, co zyskają. Mój wniosek wyciągam na podstawie swoich doświadczeń oraz wypowiedzi Matek: moje dziecko to była wpadka, ale nie żałuję. Czyli: nie chciałam dziecka, jednak zostałam Matką i widząc to, co straciłam i to, co zyskałam pełniąc tę rolę doszłam do wniosku, że warto było tamto stracić, żeby zyskać to, co zyskałam.

Dlatego, według mnie, całkowicie świadome podjęcie decyzji o sprowadzeniu na ten świat dziecka lub nie jest zasadniczo niemożliwe. Wydaje mi się, że jako kobiety, więcej zyskamy odpuszczając tę dezycję i pozwalając Wszechświatowi i naszej Intuicji nas poprowadzić i nie zamykać się, nie odcinać możliwości. Czasem jest tak, że dzieci nie ma i nie będzie.

Dziecko jest owocem miłości, a tam, gdzie jest miłość, tam nie ma strachu! I z własnego doświadczenia wiem, że dzieci to nasi najlepsi nauczyciele – pytanie tylko czy zrozumiemy lekcję, którą nam niosą?

Podsumowując, decyzja o dziecku jest jedną z 2 nieodwracalnych, czyli takich których nie da się cofnąć (ta druga to śmierć). Decydujcie zatem Piękne Młode! Każda Wasza decyzja jest tą dobrą i właściwą – czy zdecydujecie się na dziecko czy też nie – na pewno zyskacie!

BYĆ MATKĄ czy NIE BYĆ MATKĄ? Cz 1.Pytanie, które jest omawiane ostatnio coraz chętniej i otwarciej...Wcześniej było tak,...
26/01/2025

BYĆ MATKĄ czy NIE BYĆ MATKĄ? Cz 1.

Pytanie, które jest omawiane ostatnio coraz chętniej i otwarciej...

Wcześniej było tak, że w zasadzie nie było to kwestią dyskusyjną, bo to oczywiste, że:

dziewczynka = chce mieć dzieci, dlatego bawi się lalkami
kobieta = jeszcze nie ma albo już ma dzieci, bo to jest cel jej życia
kobieta, która nie ma dzieci = zepsuta, chora, biedna, nieprawdziwa, niepełna, nieszczęśliwa

W dzisiejszych czasach jest trochę więcej akceptacji dla odrzucenia macierzyństwa...

A piszę o tym, bo dostrzegłam dzisiaj tę decyzję (cz. 2) i stojące za nią naciski (cz. 1) z Innej Perspektywy. Według mnie na tyle ciekawej, żeby ją puścić w Świat.

Na początek zapraszam 2 postacie reprezentujące kobiety: Matkę i Młodą.
Matka – kobieta, która ma dzieci, chciane lub nie
Młoda – kobieta, która po przymiarkach wszelakich podjęła świadomą decyzję = dokonała wyboru, że nie chce mieć dzieci (kobiety, które chcą a nie mogą nie są przez Młodą reprezentowane).

Matka poznała kolory rodzicielstwa – te ciemna, te jasne, te pośrodku i te niespodziewane. Odkryła, że jej doświadczenie w jej rodzicielstwie jest nieporównywalne z niczym, co ją wcześniej spotkało. Widzi kim była i jak inaczej myślała o różnych kwestiach przed dzieckiem i wtedy, kiedy już je miała. Widzi odcienie, których niematki nie są w stanie zauważyć. Co ważne – ma dostęp do obu perspektyw – tej sprzed i tej po dzieciach.

Pewnego dnia spotyka Młodą, która mówi, że macierzyństwo nie jest dla niej i dzieci mieć nie będzie. Matka siada ze zdziwienia... Nie może pojąć dlaczego Młoda odrzuca takie bogactwo? Dlaczego nie chce daru, do którego ma dostęp jako kobieta. Dlaczego wybiera rezygnację, nie wiedząc co tak naprawdę odrzuca? Mając doświadczenie tego, co daje macierzyństwo, Matka chce dla Młodej jak najlepiej – dlatego próbuje ją przekonać do nieodrzucania tej ścieżki.

I to jest Inna Perspektywa naciskających Matron.

Perspektywa Młodej – w następnej części.

23/01/2025

Inna Perspektywa 2.0

Za 5 dni to konto będzie miało 2 lata. Zakładałam je z całkowitą wiarą, że dziś będzie to żywe, fajne miejsce, gdzie będę opowiadać o mojej perspektywie. Dziś z-martywch-podnoszę je, bo czuję, że to naprawdę jest moje, a ja się przecież urodziłam, żeby być ni mniej ni więcej tylko dokładnie MNĄ.

I w myśl zasady, że nieważne ile razy upadniesz - ważne ile razy się podniesiesz - podnoszę się z czarnej, głębokiej... nicości, jak feniks!

Ten post jest dla mnie i do mnie. Po to, żebym mogła powiedzieć sobie - zrobiłam dziś pierwszy krok.

20/10/2023

KIEROWCA SWOJEGO ŻYCIA odsłona 2

Każdy z nas rodzi się do przeżycia swojego życia. Przychodzimy na świat z myślą: "Będę kierowcą! Ciekawe kto będzie mnie uczył i jak to będzie wyglądało?" No i spotykamy naszych instruktorów - rodziców, którzy nas uczą. Rzecz w tym, że bardzo często ci instruktorzy wysadzają nas z fotela kierowcy i stają się naszymi szoferami, bo tak jest łatwiej, bo oni też zostali wysadzeni, bo uważają, że tak jest lepiej...

Syn (lat 5) do mnie powiedział: "Ty nie rządzisz moim życiem" i ja się z nim zgadzam. Ja jego życiem nie rządzę. On nim rządzi. Wielu ludziom się wydaje, że rodziców trzeba się słuchać, bo oni rządzą. BA! Są nawet osoby, które twierdzą, że dzieci są ich własnością.

A zatem większość ludzi została wysadzona z fotela kierowcy w bardzo młodym wieku. Praktycznie od razu, kiedy zaczynamy pokazywać "charakterek" jesteśmy "prostowani", "naprawiani", "wychowywani". Wtłaczane nam są do głów normy, zasady i reguły postępowania. W tym wszystkim gubimy nasze "ja". Przestajemy wiedzieć kim naprawdę jesteśmy, co czujemy, co lubimy i czego w życiu chcemy, ale wiemy co się podoba lub nie mamie i tacie, czego nie powinniśmy, a co powinniśmy, czego od nas oczekują inni. Czy zauważyliście, że tak do 3 roku życia dzieci dobrze wiedzą co chcą i co lubią, a potem to jest zmieniane? To tu gubimy i tracimy siebie. Jesteśmy wysadzani z fotela kierowcy naszego życia na fotel pasażera, który musi wykonywać polecenia kierowcy-szofera. A potem całe życie jesteśmy nieszczęśliwi, bo przychodzi moment, kiedy jednak musimy siąść za kierownicą tego naszego auta zwanego inaczej też życiem i okazuje się, że my nie umiemy być kierowcami tego pojazdu. Szukamy zatem szofera - kogoś innego, kto będzie nas woził i kto będzie wydawał polecenia. Najlepiej partnera - naszą "drugą połówkę pomarańczy, jabłka czy innej śliwki". A potem zmieniamy kierowcę na innego, bo ten nie dał rady i potem jeszcze następni... A tak naprawdę, to boimy się sami siąść za kierownicą.

Uważam, że trzeba powiedzieć, że nasi rodzice robią najlepiej jak potrafią. Tak, jak sami zostali nauczeni, więc nie możemy obwinić ich za to, że są kiepskimi instruktorami. To byłoby niesprawiedliwe, bo przecież oni zawsze dają nam to, co mają i więcej. A skoro nikt ich wcześniej nie nauczył bycia dobrymi instruktorami, to skąd oni mieli to wiedzieć? I takie schematy przechodzą z pokolenia na pokolenie, aż w końcu nastąpi efekt 13 małpy i znajdzie się ten, który o to zapyta, przyjrzy się i przesiądzie w końcu na ten fotel kierowcy. Bez instruktora - na podstawie swoich błędów, rozbijając kilka aut, budynków i znaków nauczy się jeździć. W sumie, to każdy może sam nauczyć się jeździć, tylko z instruktorem jest łatwiej i szybciej. To po to ich mamy - żeby było łatwiej. No ale jak nauczyciel sam nie potrafi, to drugiego nie nauczy, prawda? A jeszcze jak zamiast siedzieć obok i pomagać swoim sprzęgłem i hamulcem, przesiądzie się i tak zapamięta w pokazywaniu, to kursant prześpi cały kurs, bo po co ma się wysilać? A potem zderzy się z życiem bez znieczulenia.

Praca rozwoju wewnętrznego, którą wykonuje teraz wiele osób, to właśnie przesiadanie się na fotel kierowcy w aucie swojego życia... Wszystkim tym, którzy podejmują się tej próby życzę szerokiej drogi!

Z miłością!

05/03/2023

DOROSŁOŚĆ I DOJRZAŁOŚĆ , TO JEDNAK NIE TO SAMO.

Żyję sobie, doświadczam, spotykam się z ludźmi, czytam wiele różnych artykułów i słucham mnóstwa wywiadów. I te pojedyncze, pozornie nie związane ze sobą kropki łączą się w jedną całość jaką są następujące wnioski:

Większość dorosłych to dzieci w dorosłych ciałach. >
Dzieci są często bardziej dojrzałe niż dorośli. >
Dzieci są dla dorosłych darem, który pojawia się po to, żeby dać im szansę na osiągnięcie dojrzałości.

Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zacznę od wyjaśnienia jak ja rozumiem pojęcia „dorosłość” i „dojrzałość”.
A zatem człowiek dorosły, to taki ktoś, kto fizycznie i prawnie jest pełnoletni(a). Może sam(a) o sobie stanowić, podejmować różne działania, zawierać umowy, kupować różne rzeczy etc. Ponadto często korzysta ze swoich praw i przywilejów w sposób bezrefleksyjny, automatyczny, jest słabo rozwinięty emocjonalnie, nie potrafi sobie w wielu sytuacjach poradzić
Podczas gdy człowiek dojrzały to taki, który – oprócz tego, że jest pełnoletni i może to, co ten dorosły – potrafi w tych swoich decyzjach i wyborach uwzględnić szerszy obraz, kwestionuje gotowce, pyta, kiedy nie jest przekonana(y) co do słuszności jakiegoś twierdzenia lub postępowania, ma odwagę kroczyć swoją własną ścieżką, mimo że tak jest trudniej. Wie, że jego życie jest tylko jego i nikt go za niego czy za nią nie przeżyje.
Przy obu tych pojęciach – w moim pojmowaniu – wiek nie ma najmniejszego znaczenia.
Kiedyś miałam te słowa za bliskoznaczne, ale w ciągu ostatnich lat doszłam do wniosku, że z nimi jest jak z kwadratem i prostokątem: każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem. Analogicznie – (prawie) każdy dojrzały jest dorosły, ale nie każdy dorosły jest dojrzały. Dodałam tam jeszcze „prawie”, bo przecież zdarzają się dzieci, które są tak straumatyzowane, że jeszcze będąc niepełnoletnimi już muszą dojrzeć i czasem im to zostaje do końca życia, a czasem nie.
Powyższe definicje, to rezultat mojego doświadczenia życiowego. Prawdziwe obserwacje, konkluzje i odkrycia w tym temacie pojawiły się odkąd sama mam dzieci, bo wcześniej dla mnie d=d. Dzisiaj przyglądam się jak różni ludzie (w tym ja i moi najbliżsi) reagują w różnych sytuacjach i porównuję to do reakcji moich potomków. Zauważam, że bardzo często niewiele się to różni.

Przykłady z mojego własnego życia:
1.
Kiedy rozpoczęłam moją pierwszą etatową pracę spodziewałam się, że wejdę do grona ludzi dorosłych = dojrzałych. Moje zdumienie nie miało granic, kiedy okazało się, że reakcje, postępowanie, podejście do różnych spraw jest takie samo jak u dzieci w przedszkolu. Plotki, podstępy, obrażanie się, plany, zabawy, przyjaźnie – wszystko to samo, tylko bardziej zakamuflowane, nieoczywiste. W przedszkolu dzieci od razu otwarcie mówią, że coś ich zachwyca, a coś innego im się nie podoba, czy spotkała ich przykrość, co też widać, bo płaczą albo się izolują od grupy. W pracy natomiast – jest udawanie, maskowanie i robienie jakiegoś tam wrażenia. Radzenie sobie z emocjonalnymi wyzwaniami – na dokładnie tym samym poziomie. Widocznie nikt tych dorosłych nie nauczył co i jak robić, kiedy oni byli przedszkolakami...
2.
Obserwuję dziadków moich dzieci. U babć często zauważam przekonania i mechanizmy, których używają moje dzieci, żeby sobie z czymś poradzić. I to się stało tylko dlatego, że mogę obcować z tymi dwoma pokoleniami – kiedy jest tylko 1 pokolenie – nie widać tego, bo dziecko (w tym przypadku ja) zawsze postrzega swojego rodzica przez różowe okulary. Gdy natomiast sama stałam się mamą – widzę różne podobieństwa.
Natomiast niekwestionowanym mistrzem pokazywania tego, jak dzieci mogą być uwięzione w dorosłych ciałach jest dziadek moich dzieci. Mieliśmy kilka takich znaczących sytuacji i podczas jednej z nich stwierdziłam: „Albo tato wymaga, aby siedmiolatka była na poziomie rozwoju emocjonalnego sześćdziesięciolatka, albo to tato jest na poziomie siedmiolatki, bo to, co tato mówi jest zrównywaniem Was do jednego poziomu”. Oczywiście nie zostało to dobrze przyjęte, ale tak to już ze mną jest – mówię, co widzę.
Czasem te jego reakcje to tylko jakieś zdanie, czasem śmiech, a czasem naprawdę gruba akcja, która kończy się ostrą wymianą zdań i – teraz już tylko jednostronnym – obrzucaniem się winą za zaistniałą sytuację (jest to jednostronne, bo ja nauczyłam się być na innej stronie emocjonalnej ulicy w tych wydarzeniach i z tej mojej strony widzę, że dziadek tak naprawdę bardzo cierpi i nie umie sobie z tym poradzić - stąd jego reakcje).
3.
W sytuacjach konfliktowych dzieci często znajdują jakieś kompromisowe rozwiązania – jak się im nie przeszkadza. Interwencje są konieczne naprawdę rzadko, a jak ktoś jest nadgorliwy, to dziecięca kłótnia rośnie. A dorośli? Kiedy im na czymś zależy, potrafią dążyć po trupach do celu. Weźmy na przykład sytuacje, w których rozchodzą się pary z dziećmi. Ileż to pań i panów – wielokroć dobrze wykształconych, dobrze zarabiających, rozsądnych używa dzieci jako karty przetargowej w swoim sporze? Ileż to razy nastawiają dzieci przeciwko drugiemu rodzicowi? Nie obchodzi ich to, kto tak naprawdę najwięcej na całej takiej sytuacji traci – liczy się tylko ich ból. Czy zatem o takiej osobie można powiedzieć, że jest dojrzała?
4.
Podejście do różnego rodzaju gwiazd i celebrytów. Traktowanie ich jak jakichś bogów, wywyższone figury. Dlaczego ludzie obserwują, folołują, śledzą, mdleją, szaleją czy co tam innego się robi. Czym tak naprawdę różni się twórczość piekarza od twórczości piosenkarza czy aktora? Dlaczego to ten piekarz nie może być celebrytą? Jeżeli ktoś jest dojrzały – sam będzie swoim największym autorytetem. Muzyki posłucha, film obejrzy, na koncert skoczy, ale nie będzie zaglądał do domów, rodzin, łóżek czy łazienek tych ludzi – bo nie będzie widział przyczyny, dla której miałby to robić. Czy to nie jest trochę tak, jak z dzieckiem i rodzicem? Dziecko przygląda się rodzicowi, który jest dla malucha kimś w rodzaju boga i chce być taki jak on/ona – tak, jak dorośli pragną być jak ich idole... Pamiętam słyszałam razu jednego nawet taką opowieść o pewnym eksperymencie. Rozdzielono pary dziecko-rodzic i zadano im to samo pytanie: gdybyś mógł spędzić 1 dzień z osobą, którą najbardziej podziwiasz, która wywarła na Tobie największe wrażenie – to kto by to był? Rodzice wymieniali, aktorów, piosenkarzy, matki teresy, nelsony mandele, dalaj lamy i inne osobistości, a dzieci po prostu wskazywały na mamę albo tatę.
5.
Jeżeli rodzic słucha swoich dzieci, to może się wiele nauczyć. Młodzi mają cudowne obserwacje, spostrzeżenia i – częstokroć – zaskakującą, świeżą i dojrzałą perspektywę. Trzeba tylko być na tyle otwartym i pokornym, żeby nie założyć, że pozjadało się wszystkie rozumy i niczego mądrego dzieci nie powiedzą. Kiedyś mnie córka momentalnie sprowadziła na ziemię z jakiegoś wnerwu na część z moich dzieci prostym pytaniem: „A dlaczego do niego mówisz innym głosem, a do nas innym?” Jako jedynie dorosła odpowiedziałabym „Wydaje Ci się”, ale jako ktoś, kto wkroczył na ścieżkę dojrzewania – zastanowiłam się nad tym krótko, aczkolwiek głęboko, po czym przyznałam jej rację, przeprosiłam i wytłumaczyłam skąd różnica.

Myślę, że w tych 5 punktach zawarłam wystarczająco dużo spostrzeżeń, żeby zachęcić Was do samodzielnego przyjrzenia się tym pojęciom i zagadnieniom. Uważam, że dzieci są proste i szczere, myślą prosto, kochają całymi sobą, nie udają, nie maskują, dzięki czemu żyją każdego dnia na 100%. Każde dziecko to dla dorosłych dar, bo przez możliwość obcowania z tym młodym człowiekiem – nieopierzonym, niedoświadczonym, spontanicznym i naiwnym – może sam w sobie odnaleźć takiego radosnego i beztroskiego malca. No bo przecież każdy z nas takiego w sobie ma, tylko mocno go ukrywamy pod naszymi maskami. A jak tego malucha odkryjemy, ukochamy i wesprzemy, to dorosły będzie mógł awansować na dojrzałego dorosłego!

PRZEWODNIK W LESIE ŻYCIAW czasie pewnej rozmowy z małżonem mym – na potrzeby przedstawienia swojego punktu widzenia – ur...
25/02/2023

PRZEWODNIK W LESIE ŻYCIA

W czasie pewnej rozmowy z małżonem mym – na potrzeby przedstawienia swojego punktu widzenia – urodziła mi się metafora dotycząca wychowywania dzieci. Otóż rodzic jest dla dzieci jak przewodnik wycieczki po lesie.

Może zacznę jednak od wyjaśnienia genezy rozmowy. Podstawą wszystkiego jest moje głębokie przekonanie, że dzieci to są dokładnie tacy sami LUDZIE jak dorośli, z tą różnicą, że mają mniejsze doświadczenie w życiu na tej Ziemi. Oprócz tego doszłam też do wniosku, że dzieci są DAREM dla niedojrzałych dorosłych (o nich napiszę innym razem) przychodzącym po to, żeby ci „dorośli” mogli przypomnieć sobie co tak naprawdę jest w życiu ważne i żeby znów stali się bardziej uważni na „tu i teraz”. Uważam, że to my, „dorośli” możemy więcej nauczyć się od dzieci niż one od nas.

Na tej podstawie powstała teza małżona: skoro to są tacy sami ludzie, to powinni ponosić wszelakie konsekwencje swoich działań. Zgadzam się z tą tezą. Od momentu, w którym doszłam do powyższych odkryć, zastanawiałam się jak to pogodzić z wpajaniem dzieciom wielu przekonań i zachowań ze świata, w którym żyjemy, a w które ja sama już nie wierzę. No i kiedy zaistniała ta nasza rozmowa - znalazłam odpowiedź, tudzież odpowiedź znalazła mnie.

Otóż rodzice są dla dzieci jak przewodnik wycieczki w lesie. Wydaje mu się, że wszystko dobrze zna, ale uczestnicy tej wycieczki zachwycają się każdym drzewem, krzakiem, liściem, kwiatkiem, zwierzątkiem, promieniem słońca, kroplą rosy itd. Dzięki temu uważny i mądry przewodnik będzie uczył się od swojej grupy nieznającej jeszcze lasu „na wylot”. Zobaczy, że ma niepowtarzalną okazję do tego by spojrzeć na to, co dobrze zna tak na świeżo, zupełnie inaczej, bo cudzymi oczami (=z Innej Perspektywy).

Oprócz tego, ów przewodnik jest odpowiedzialny za to, żeby wycieczka obyła się bez wypadków i strat w uczestnikach. Musi ich zatem nauczyć jak się w lesie zachowywać: jak rozpoznawać zagrożenia, gdzie nie wchodzić, jak znaleźć schronienie, jak rozpalić ogień, jak i skąd zdobyć pożywienie. Tych zasad rodzice powinni uczyć dzieci, ale tak, żeby jednocześnie być otwartym na zmianę swojej perspektywy, która niejednokrotnie jest wynikiem doświadczeń – pozytywnych i negatywnych i nie pozwala na spontaniczne odkrywanie nowych zakamarków lasu bez jakichkolwiek uprzedzeń. My już niesiemy swój ciężki plecak: smutek, niezadowolenie, żal, rozczarowania, zawody, poczucie bycia niekochanym, niewystarczającym i wiele wiele innych. Mamy swoje rany i często bardzo o nie dbamy – wbrew temu, co nam się wydaje – często nie potrafimy odpuścić i wybaczyć, co tylko jątrzy i zwiększa ból. Mamy jakieś tam sukcesy, ale indoktrynacja jaką przeszliśmy i nasze otoczenie (= wszyscy) nie pozwalają nam ich wyolbrzymiać w równym stopniu, w jakim wyolbrzymiamy nasze małe porażki, czy niedociągnięcia. Wracając do metafory: w najlepszym wypadku widzimy las jako nudny, zawsze taki sam i praktycznie przy każdym drzewie spodziewamy się, że wpadniemy w pajęczynę, a w najgorszym boimy się postawić krok, bo jesteśmy przekonani, że zaraz coś nas zaatakuje. A dzieci spontanicznie, radośnie i z wielką ciekawością odkrywają świat - a przez to przewodnik ma wspaniałą szansę wyjść ze swojej rutyny.

Niech szanowna wycieczka sama odnajduje swoje ścieżki i ogląda nowe widoki przy wsparciu przewodnika, a nie pod jego/jej absolutną dyktaturą. Przewodnik-towarzysz ma wspierać wędrowników, nienachalnie służyć im swoim doświadczeniem, a przy okazji sam może się wiele nauczyć, wszak każdy jest inny i do końca życia możemy dowiadywać się nowych rzeczy.

Co natomiast obserwuję wokół to to, że raczej jest praktykowany model, w którym rodzic jest dyktatorem, który wydaje rozkazy „dla dobra dziecka”. Owo „dobro” jest postrzegane przez pryzmat swoich doświadczeń, traum, wyobrażeń i oczekiwań. Stosunkowo niewielu rodziców zastanawia się czego potrzebują lub chcą ich dzieci, jakimi ludźmi są czy czego mogliby się od nich nauczyć. „Dorośli” znają odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania. A kiedy dziecko zapędzi ich w kozi róg swoją ciekawością lub spostrzegawczością – mówią coś w stylu: „nie interesuj się”, „to nie dla dzieci”, „jak śmiesz mnie o to pytać?” lub „a lekcje odrobiłaś/eś?”.

A może by tak zmienić perspektywę i zapytać siebie samego/samej: jak to było, kiedy ja miałam/em 3, 6, 8, 12 czy 15 lat? Jak widziałam/em świat? Jak czułam/em świat? Co przeżywałem/am w podobnej sytuacji? Jak radziłam/em sobie z wyzwaniami? Jakie były relacje? Po prostu poczuć się znów dzieckiem.

Życzę Wszystkim Przewodników-Towarzyszy – żeby byli lub żeby mieli :)

18/02/2023

UBIERZ NOWORODKA W KOŻUSZEK

Przychodzimy na świat zupełnie sami i nie mamy nic. Nie mamy tobołka z wyprawką, wianem ani niczym. Nie mamy skrawka ubrania, łóżka, kocyka ani pieluchy. Rodzice ubierają nas w pieluchy, śpiochy kaftaniki, koszulki, body, kombinezony i inne ubrania, stawiają łóżeczko z pościelą, baldachimem lub bez, ochraniaczami lub bez, wkładają nas do wózka, fotelika, bujaczka, chusty. Rodzic potrzebuje ubrać, wozić, położyć i wszystko inne, a dziecko może być gołe, obsikane – byleby było blisko rodziców. Wtedy jest mu dobrze. Jeśli dziecko będzie przytulone do mamy lub taty, to będzie mu ciepło, a i jedzenia mama z reguły nie kupuje dla takiego maluszka, tylko produkuje sama, więc tak naprawdę kupowanie „wyprawki dla maluszka” to zabieg potrzebny rodzicom, a niekoniecznie w każdym szczególe noworodkowi...

Dokładnie tak samo jest ze wszystkimi przekonaniami jakie mamy o sobie i o świecie. Każde z nich możemy porównać do ubrania. Te, które nas wspierają, powodują, że dobrze się czujemy sami ze sobą, to dopasowane do rozmiaru, pogody i temperatury elementy garderoby - to może być kapelusz w upalny, słoneczny dzień lub ciepłe palto na zimę. Natomiast te, które nas niepotrzebnie obciążają to kożuchy - grube, ciepłe i chroniące przed wszystkim, a zwłaszcza przed czterdziestostopniowym mrozem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że taki mróz (=bardzo trudne zdarzenie, którego się boimy i chcemy się przed nim zabezpieczyć) to - wbrew pozorom - wielka rzadkość, to ten kożuch jest zbędnym balastem utrudniającym nam funkcjonowanie przez znakomitą większość czasu.
Jakby tego było mało - kurczowo trzymamy się tych ciepłych, grubych, sztywnych i krępujących ruchy ciuchów i nie chcemy ich puścić. Przez trud, jaki wkładamy w pilnowanie i niesienie naszych kożuchów - jesteśmy przemęczeni i przewrażliwieni. Wszędzie szukamy potwierdzenia: czegoś, co uzasadni niesienie tego balastu, udowodni nam samym, że jest sens trzymania tego wszystkiego, więc nawet z błahych sytuacji robimy coś, co będzie na miarę tego naszego kożucha i udowodni nam i innym, że przecież mamy rację targając to na karku, bo to jest takie mega potrzebne, a bez tego to byśmy z pewnością zginęli.
Wiele z naszych kożuchów dostajemy od rodziców, dziadków, cioć i wujków zupełnie tak, jak przy narodzinach otrzymaliśmy sterty różnych – bardziej lub mniej potrzebnych rzeczy. Dostajemy je od rodziny, bo oni też je mają i przekazują dziedzictwo dalej. Części z nich jesteśmy uczeni świadomie i celowo, a część otrzymujemy mimochodem, przypadkiem, niechcący. Codziennie nosimy na sobie kilka warstw „kożuchów”, które założyliśmy na siebie w procesie wychowania, dorastania i życia. Klasyczny przykład - chłopaki nie płaczą, a dziewczynki się nie złoszczą, bo złość piękności szkodzi. Pierwszy z wierzchu przykrywa kolejny, a pod nim jest kolejny, i kolejny, itd. Są ze sobą połączone - jeśli ruszysz jeden, to potem idzie lawina, bo cała konstrukcja po prostu się pruje na szwach...
Opierając się na własnych doświadczeniach powiem, że warto ruszyć ten proces chociaż jest żmudny i często bolesny. Kiedy odkryjemy kim naprawdę jesteśmy – wtedy można powiedzieć, ze zrzuciliśmy ostatni kożuch, a proces rozwoju osobistego jest właśnie zdejmowaniem tych duszących i przytłaczających nas okryć - niepotrzebnych, bo przecież mróz nie nadchodzi.

Sądząc po swoich doświadczeniach - dojście do ostatniego kożucha to długa, często trudna, ale na pewno wartościowa i fascynująca droga, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Im łatwiej puszcza się swoje przekonania (= zdejmuje kożuchy) tym jest łatwiej. Najtrudniejsze są te pierwsze z wierzchu, bo one stają się skorupą i naprawdę ciężko je ruszyć, bo ego bardzo ich broni. Niesamowitym wyzwaniem jest przyznanie się samemu przed sobą, że dana sytuacja, która powtarza się co rano jest zasadniczo wytworzona przez nas i należałoby zmienić kilka naszych ruchów, żeby wszystko wyglądało inaczej. Zamiast tego wolimy wymagać wszystkiego od innych, zrzucać winę na kogoś lub coś albo też obserwować ciąg przyczynowo-skutkowy z wyłączeniem nas, bo my w naszym kożuszku jesteśmy przecież niewidzialni i nietykalni. To zazwyczaj jest etap dość bolesny.
Potem, kiedy spadnie pierwsza warstwa, jest już odrobinę łatwiej. Niewiele, ciutkę, ale mimo wszystko łatwiej. Jak poleci ich już kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, to już nabieramy takiej wprawy, że zrozumienie schematu rządzącego naszym życiem nie zajmuje nam już kilka miesięcy, a zaledwie kilka dni, potem nawet kilka godzin... Zmienianie naszego postępowania jest zazwyczaj bardziej pracochłonne i w kilka godzin go nie przebudujemy, ale wszystko zaczyna się od zrozumienia i od naszej decyzji odnośnie pierwszego i każdego następnego mikrogestu.
Ja jeszcze do ostatniego swojego kożucha nie doszłam i nie wiem czy kiedykolwiek dojdę, ale cieszę się tą drogą, bo czasem z górki, a czasem pod górkę, a widoki i przeżycia - niesamowite! A ja coraz lżejsza.

11/02/2023

LAS W MÓZGU

Wyobraźmy sobie, że nasz mózg to gęsty las. A każda umiejętność, każdy schemat działania, każda reakcja na to, co nas spotyka, każdy nawyk, każde przekonanie to ścieżka, droga jednopasmowa lub wielopasmowa autostrada. Wielkość/przepustowość trasy zależy od tego jak bardzo automatyczny / nieświadomy / dobrze wyćwiczony schemat działa. Powstają one w naszych głowach od urodzenia i funkcjonują przez całe życie.

A zatem każda nowa czynność to przejście po dziewiczym lesie. W dzieciństwie bieganie po lesie było łatwe i przyjemne – wszystko przyjmowaliśmy bezkrytycznie takim, jakim było. Niezauważalnie powstało wiele ścieżek, którymi podążamy codziennie. Jako dorośli – mamy w głowie plątaninę tras i rzadko dostrzegamy, że mamy jeszcze połacie dziewiczego lasu. Wydaje nam się, że niełatwo jest zejść ze swoich doskonale znanych traktów (=nauczyć się nowych umiejętności, zmienić przekonania). Poza tym jakież wygodne jest poruszanie się szerokimi, utwardzonymi i dobrze oświetlonymi drogami! Któżby chciał wbijać się w ciemny nieznany las, kiedy obok ma do dyspozycji autostradę?

Ktoś mi kiedyś powiedział: „starych drzew się nie przesadza”. Jak to dobrze, że jesteśmy ludźmi i możemy sami przesadzić się na inne miejsce, z którego będziemy mieć inną perspektywę na swoje własne życie! :)

Czasem zdarzy nam się, że życie nas wykopie z naszej autostrady: umrze mąż, żona, dziecko lub rodzic, nastąpi rozwód, pojawi się poważna choroba, stracimy dom, pracę, zdarzy się jakiś wypadek lub spotka nas inne duże „nieszczęście/krzywda”. Są to doświadczenia bardzo bolesne i zmuszają nas do niespodziewanego przedzierania się przez las: zadania wielce trudnego, bo ranią nas rosnące nisko rośliny, gęste korony drzew rzucają cień i słabo widzimy dokąd idziemy, nie wiemy jak mamy to robić, dokąd dotrzemy i jak tam będzie. Jednak zawsze, po naszym przejściu pozostaje ślad. Za każdym razem, kiedy powtarzamy daną rzecz – jest łatwiej, bo ścieżka jest już odrobinkę wydeptana, już wiemy co będzie na końcu, jest coraz lepiej doświetlona i tak, za każdym razem robi się coraz łatwiej i docieramy do celu coraz szybciej, a to, co było ledwie widoczną ścieżką zamienia się w szerszą i szerszą drogę, aż w końcu staje się autostradą. Te autostrady wyżej porównałam do naszych automatycznych reakcji na różne zdarzenia lub bodźce. Korzystamy z nich bez zastanowienia i – często niestety – świadomości. Czasem jesteśmy zmuszeni do stworzenia nowych tras, jak wspomniałam powyżej, ale możemy też podjąć świadomą decyzję o tym, żeby porzucić tę mapę, którą znamy i stworzyć sobie zupełnie nową. I ja teraz zachęcam wszystkich do przyjrzenia się temu, co macie w swoim życiu. Co jest autostradą, która Was podnosi, a która wbija Was w ziemię.

Wszystkie połączenia-ścieżki tworzą się kiedy jesteśmy dziećmi pod wpływem naszych doświadczeń. W związku z tym, że pewne rzeczy w naszym życiu się powtarzają, a my nigdy ich nie weryfikujemy (bo dzieciom – wiem to z własnego doświadczenia – rzadko przychodzi do głowy, żeby o pewne rzeczy pytać), to te ścieżki rozrastają się do autostrad. Czasem to są zwykłe automatyczne reakcje – ktoś sypie na mnie piaskiem w piaskownicy – idę na huśtawkę, a do piaskownicy wrócę później, przyjeżdża babcia – szaleję z radości, coś mnie boli – idę do mamy po pomoc, jest mi smutno – płaczę itd. A bywa i tak, że te autostrady prowadzą do bólu, bo jesteśmy przekonani o tym, że nie zasługujemy na miłość, że jesteśmy niewystarczający, że jesteśmy niewidzialni, że nieustannie jesteśmy krzywdzeni przez innych ludzi, los, świat (mentalność ofiary), że jak ładna, to głupia i trzeba ciągle coś udowadniać sobie i innym, że inni wiedzą wszystko lepiej i są zawsze mądrzejsi, a ja nie jestem nic wart(a) i jeszcze milion innych bolesnych przekonań. Nie umiemy z nich zejść, bo to jest jedyne, co widzimy. Czasem to, co widzimy jest tak bolesne, że tworzą się objazdy, czyli dysocjacje. O nich też słyszę od coraz większej liczby ludzi (np. Kasia Sawicka, Women of Impact: Nicole LePera). Zasadniczo chodzi tu o reakcję zastępczą, czyli wyparcie tego, co się rzeczywiście dzieje i skupienie na jakimś temacie-protezie, żeby dać upust emocjom lub udawanie, że jest się poza swoim ciałem. To taki rodzaj ucieczki – jeśli zadzieje się coś, co uznam za krzywdzące, to wybuchnę złością, albo wycofam się tylko dlatego, żeby niczego nie czuć, bo „jedyne, co się pojawi to ból, a on mnie zabije!”

Nasze autostrady zajmują dużo miejsca, więc ich utrzymanie konsumuje mnóstwo energii! Wydaje nam się, że mamy niewiele miejsca i siły na szukanie czy tworzenie nowych dróg. Jest nam bardzo wygodnie na tych szerokich, szybkich traktach i wcale nie chcemy nic zmieniać. I nawet jeśli ciągła jazda tymi samymi trasami nieuchronnie nas krzywdzi, to i tak się ich trzymamy, bo las jest straszny, nieznany, a postawienie choćby stopy w chaszczach jest po prostu przerażające albo zwyczajnie nie chcemy widzieć lasu.

Niemniej jednak, jeśli z premedytacją użyjemy naszej wolnej woli i podejmiemy decyzję, że chcemy zauważyć, że być może jeździmy po autostradach, to może nas doprowadzić do tego, że zapytamy się o zasadność istnienia danego połączenia. Należy pamiętać, że nie wszystkie istniejące połączenia są dla nas niekorzystne. Jest wiele, które zostawimy – chodzi o to, żeby uzmysłowić sobie, że używamy autostrad i zadać sobie pytanie: czy to przekonanie, które odkrywam służy do budowania mnie, wzmacniania czy mnie niszczy? To otwiera drogę do zmiany perspektywy na inną, a tym samym zbaczamy z autostrady i wchodzimy w gęsty, nieprzebyty las. Nie potrzebujemy już utrzymywać autostrady prowadzącej nas prosto do bólu, bo nią nie jeździmy, a to daje nam miejsce i energię, którą możemy zainwestować w utworzenie nowej drogi.

Przykład: jeśli dojdziemy do wniosku, że mamy autostradę „Route Jestem Niewystarczający / Niewystarczająca” to możemy podjąć decyzję – „przestaję ją zasilać, bo ona mi szkodzi”. Tym samym nurkujemy w gąszcz: nie wiemy jakie tam są rośliny, nie wiemy jak z nimi postępować, co robić, żeby wydeptać nową drogą. Przy czym nie ma do pomocy żadnych maszyn czy urządzeń. Każdą ścieżkę trzeba wykonać od podstaw swoimi własnymi nogami i każdą decyzję trzeba podjąć samodzielnie. A ludzie, którzy są wokół nas pomagają tylko w tym, aby pokazać nam miejsce, w którym jesteśmy, czasem pokazać kierunek, ale pracy nie pomogą nam wykonywać. To zadanie tylko i wyłącznie osoby, która nową ścieżkę sobie buduje. Wiadomo, że jest obawa, niepewność i ogólnie jest to ogromne wyzwanie, ale ewentualne laury zbiera też tylko budowniczy i tylko on korzysta ze wszystkich darów, które dzięki nowej trasie będą do niego docierać. Tu zahaczam o temat odpowiedzialności za własne życie, o którym napiszę innym razem.

Sądzę, że każdy człowiek słyszał o tym, że najłatwiej jest uczyć się dzieciom, bo ich mózgi są najbardziej chłonne. Często mówi się o połączeniach nerwowych w mózgu, które się tworzy lub się rozpadają kiedy jesteśmy noworodkami i niemowlakami. Mówi nam się, że dzieci uczą się najszybciej.

Ostatnio coraz częściej słyszę o neuroplastyczności mózgu. Trafiło mi się obejrzeć kilka wywiadów z dr Andrew Hubermanem, który jest neurochirurgiem i opowiadał, że fakt, iż tylko dzieci z łatwością się uczą jest mitem. Każdy jest w stanie nauczyć się wielu rzeczy w każdym wieku. Chodzi o to, żeby tworzyć nowe połączenia nerwowe. W nawiązaniu do całej mojej opowieści o lesie – jeśli mamy głowę zaśmieconą różnymi połączeniami, to oczywiście, że dorosłym trudniej jest tworzyć nowe połączenia niż dzieciom. Młodzi ludzie patrzą na świat bez tylu przekonań i wierzeń. Jeśli wyłączymy to wszystko, co nas blokuje, to staniemy się chłonni jak dzieci – bez względu na wiek, bo możliwości naszego mózgu są nieograniczone.

Na koniec napiszę jeszcze jak zejść z tych autostrad: przede wszystkim każdy musi sobie uświadomić, że musi tę pracę wykonać zupełnie samodzielnie, bez niczyjej pomocy i powziąć decyzję – „idę w nieznane i to sam(a)”. To jedyny sposób. Kolejna rzecz, to uważność (mindfulness) na to, co się z nami dzieje – obserwowanie tego, co czujemy, co myślimy, jak reagujemy. Często samo dostrzeżenie tych reakcji już dużo daje. Potem każdy będzie w stanie sam podjąć dalsze kroki, bowiem wierzę w to, że każdy z nas ma w sobie taki cichutki, subtelny głos, który mieszka w naszym lesie w mózgu i ciągle nas nawołuje. Jeżdżąc po naszych autostradach nie słyszymy go, a nawet często celowo go zagłuszamy i lekceważymy (stawiamy ekrany dźwiękochłonne). Jednak kiedy zaczniemy być uważni na siebie samych, to stworzymy ciszę, w której ten głos do nas przemówi i nas poprowadzi, bo każdy z nas ma swój niepowtarzalny głos, który mówi tylko do niego i tylko to, co jest dla niego przeznaczone. Sztuką jest usłyszeć ten głos i zbudować ścieżki, które sprawią, że ten głos głęboko w nas stanie się głosem, który prowadzi nas przez życie.

Adres

Wroclaw

Telefon

+48729118829

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Inna Perspektywa umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Inna Perspektywa:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram