Radość Codzienności

Radość Codzienności Fundacja działająca na rzecz rozwoju osób i społeczeństwa. Propagujemy znaczenie psychoterapii oraz działamy na rzecz jej łatwiejszego dostepu.

W ramach działań Fundacji prowadzone są terapie indywidualne, terapie par oraz grupowe. Powstanie fundacji odpowiada na potrzebę łatwiejszego dostępu do szeroko pojętego wsparcia psychologicznego.
-- Pragniemy wspierać tych, którzy chcieliby wyjść z kręgu niemocy i samotności, tych którzy chcieliby, by ich zauważono, by im ktoś pomógł - chociaż często sami nie wiedzą jakiej formy pomocy mogliby najbardziej potrzebować.
-- To próba pomocy zagubionym w szybko zmieniającej się rzeczywistości, niezbyt asertywnym, mniej aktywnym, być może z niewielkim poczuciem własnej wartości. Pomocy szukającym pracy lub trwale bezrobotnym, często dodatkowo borykającym się z kłopotami finansowymi
-- Pomocy także tym, którzy mając dobrą pracę, prestiż, różne dobra, stracili sens…

Me too?
09/12/2025

Me too?

Odwiedziłem kiedyś pewnego Czecha, który przez kilka lat nie odebrał z zakładu pogrzebowego urny z prochami matki. A kiedy jego żona to wreszcie zrobiła, jeszcze dwa lata trzymał urnę w domu, zanim umieścił ją na cmentarzu. Powiedział mi wtedy: - Najgorsze, co się człowiekowi może przydarzyć to jego własna matka.

Stało się jasne, że chciał ją symbolicznie ukarać.

Monika Redzisz napisała mocną i mądrą książkę „Jak żyć z >toksyczną< matką”. Przymiotnik „toksyczna” użyty jest z premedytacją w cudzysłowie. Fachowcy nie używają tego słowa, a dzieci matek, które sobie nie radzą, matek pogubionych, matek zaborczych itp. – tak, używają. Może nawet z chęcią, żeby tym słowem odreagować.

W środę 10.12 zapraszam na spotkanie z autorką książki i psycholożkami, które pracują z dorosłymi dziećmi i ich matkami do Faktyczny Dom Kultury przy Gałczyńskiego 12 w Warszawie o godz. 18.00. Podyskutujemy też, czy słowo „toksyczna” ma prawo znajdować się w naszym repertuarze.

W książce Moniki Redzisz znajdziecie wyznania dzieci i wyznania ich matek (tych, które przeszły terapię, bo można wyjść z niezdrowej relacji z dzieckiem).

A teraz fragment jednej z opowieści:

TOMASZ, SYN

„Matka wysysa ze mnie energię. Często dzwoni, ale odbieram najwyżej raz w tygodniu; tyle jestem w stanie znieść.

Długo się zastanawiałem, co mnie tak bardzo w niej denerwuje. Dlaczego wzbudza we mnie tak silnie negatywne emocje? Większość jej komunikatów i zachowań odbieram jako wrogie, choć na pewno nie taka jest jej intencja. Dzwoni do mnie, interesuje się mną, daje mi słoiki… A ja czuję się ignorowany. Tak, to jest chyba to uczucie: że się ze mną nie liczy, ani z moimi potrzebami, ani z tym, kim jestem. Mam czterdzieści siedem lat, a ona nie akceptuje faktu, że mogę mieć własne plany na weekend, że chcę na przykład odwiedzić znajomych, a nie jechać do niej, do Białegostoku. Kiedy przyjeżdżam, w ciągu kwadransa potrafi wysadzić mnie w kosmos. Nie mam chwili spokoju: koszę trawę, maluję ściany, naprawiam klamki, ładuję węgiel, segreguję książki, przycinam drzewa, przesadzam krzaki, naprawiam barierki, maluję bramę… Nie o to chodzi, że chciałbym tylko leżeć na kanapie, ale jest coś bardzo nieprzyjemnego w tych niekończących się poleceniach: zrób, siadaj, podaj, sprzątnij, wkręć, wykręć…

Niedawno się sprzeciwiłem. „Mamo – powiedziałem – nie będę przyjeżdżał tylko po to, żeby ci pomalować garaż. Dam ci pieniądze, niech to zrobi pan Janek".

A ona na to: „Ale Tomek, oczekuję tylko, że będziesz robić to, co twój ojciec robił dla mojej teściowej!".

„Mamo, przez lata na to narzekałaś, a teraz nakładasz na mnie takie samo chomąto? Nie jestem moim ojcem!"

Awantura była straszna. „Nie jesteś już moim synem!" – krzyczała.

Kiedy traci cierpliwość, idzie na całego. Używa wszelkich sił i środków, żeby mnie dojechać. To kobieta czołg. Nigdy nie okazuje słabości, nigdy nie ma wątpliwości. Jej wybory zawsze są słuszne. Muszę się pilnować, żeby nic jej nie powiedzieć o swoim życiu, bo wiem, że usłyszę: „To zła decyzja, powinieneś zrobić inaczej". Chcąc nie chcąc, zaczynam się zastanawiać, czy ona jednak nie ma racji… Nie wiem, jak powstrzymać ten mechanizm.

Przez wiele lat specjalnie robiłem jej na przekór. Jeśli mówiła „zjedz kotleta", to nie jadłem go, mimo że byłem głodny.

Zawsze zwracała mi uwagę, poprawiała mnie, krytykowała. „To można było zrobić lepiej! Szybciej! Mocniej!"

Jestem dzieckiem lat siedemdziesiątych. Czyli bardzo restrykcyjne wychowanie w wąskim korytarzu akceptowalnych zachowań.

Matka była dyrektorką dużego ośrodka opiekuńczego. Zarabiała znacznie więcej niż ojciec jako wykładowca.

Miała wizerunek osoby twardej, skupionej na zadaniach, działającej szybko.

Byli jednak z ojcem bardzo spójni w swoich oczekiwaniach co do tego, jak powinno się zachowywać dziecko: powinno być „grzeczne", a jeśli nie, to tłuczka. Bili z równą siłą. Różnili się tym, że ojciec startował spokojniej, a mama bardziej dynamicznie, agresywnie, z machaniem rękami, bieganiem, krzyczeniem. W sekundę się odpalała. Szarpanie za włosy, za ubranie, bicie ręką, szmatą, ciapem, czymkolwiek, co się nawinęło. Te gwałtowne zrywy wzbudzały we mnie strach. Nigdy nie próbowałem jej powstrzymać, zrobiła to wreszcie moja starsza siostra: złapała mamę za nadgarstki. To był koniec bicia nas obojga, ale byliśmy wtedy już w liceum.

Siostra do dziś jest jedyną osobą, której mama się słucha.

Dostawałem za to, że upuściłem widelec w czasie obiadu albo że potrąciłem szklankę z sokiem. Słyszałem: „Tobie to wszystko z rąk leci!", „W drewnianym kościele cegła spada ci na głowę!". Przez to byłem jeszcze bardziej niezręczny.

Kiedy płakałem, słyszałem: „Nie rycz! Nie histeryzuj! Uspokój się!", bo przecież chłopaki nie płaczą. W ogóle okazywanie wrażliwości bardzo ją irytowało. „Po co te emocje? Idziesz i działasz!" Albo: „Tomek, co ty się tak zastanawiasz? Nie myśl tyle! Nie analizuj!".

Wolała mną potrząsnąć, niż się nade mną roztkliwiać. Broń Boże nie okazywała czułości. Nie pamiętam, żeby mnie przytulała. Kilka lat temu znalazłem w rodzinnym albumie zdjęcie, na którym siedzę na kolanach matki. Mogłem mieć jakieś siedem lat. Poruszyło mnie to, że kiedyś siedziałem u niej na kolanach… Miałem wrażenie, że nigdy nie byłem z nią w tak czułym kontakcie.

Już jako dorosły powiedziałem jej z wyrzutem, że zawsze mnie odpychała i krytykowała.

„Bo ty byłeś taki wrażliwy. Chciałam zrobić z ciebie prawdziwego mężczyznę" – powiedziała.

To matka kastrująca.

Najważniejsza była nauka. Chodziłem na zajęcia uzupełniające z kilku przedmiotów, chociaż wcale tego nie potrzebowałem. Liczył się każdy przedmiot oprócz wuefu. Ojciec twierdził, że sport jest dla głupków. Siedziałem po nocach nad podręcznikami i obsesyjnie powtarzałem materiał. Żyłem w przeświadczeniu, że szkoda czasu na zabawę czy spotkania z kolegami i koleżankami. Trzeba się uczyć, mieć wyniki, bo kiedyś to zaprocentuje dobrą pracą, sukcesem i pieniędzmi. W liceum przeżyłem zderzenie z grupą rówieśniczą. Koszmar, chyba najgorszy rok w moim życiu. Byłem kujonem. Nie takim, który po nocy zarwanej na imprezie pisze sprawdzian na piątkę, tylko takim, który siedzi i łopatuje materiał. Grupa strasznie mocno mnie wtedy skopała.

Nie skarżyłem się matce. Powiedziałaby, że szkoła jest od tego, żeby się uczyć, a nie żeby mieć przyjaciół.

W końcu odkryłem, że łatwiej zaprzyjaźniam się z dziewczynami. Często to potem wykorzystywałem. Byłem wiecznie miły dla kobiet, służyłem im, zatracając samego siebie, żeby tylko zdobyć ich akceptację i żeby stały się moimi sprzymierzeńczyniami. Nigdy im się nie sprzeciwiałem. Ciągle się zastanawiałem, jak sprawić, żeby dobrze o mnie mówiły. Chodziłem z przyklejonym do twarzy uśmiechem, w masce wesołego i miłego chłopca.

Po maturze rodzice powiedzieli: „Nie chcesz być inżynierem. Drugi najlepszy kierunek to prawo. Będziemy cię utrzymywać, jeśli pójdziesz na studia prawnicze". W ten sposób zostałem radcą prawnym.

Nie zastanawiałem się, czego chcę.

W dorosłe życie wszedłem z lękami i bez kontaktu z samym sobą. Kiedy wyprowadziłem się do Warszawy, myślałem, że wreszcie będę wolny. Ale bałem się podejmowania decyzji. Szedłem do sklepu i nie potrafiłem wybrać smaku jogurtu. Truskawkowy, kiwi czy ananasowy? W końcu nie kupowałem żadnego. Kiedy stawałem przed wyzwaniem, uruchamiał się we mnie strach zaszczepiony przez rodziców – strach przed karą.

Jeszcze wiele lat po wyprowadzce czułem przymus jeżdżenia do nich w każdy weekend. Już w piątek byłem spięty, bo wiedziałem, że w sobotę muszę jechać.

W niedzielę wieczorem wracałem na ostatnich nogach, zmielony, wykończony psychicznie i fizycznie.

Obiecywałem sobie, że nie wybiorę kobiety podobnej do matki i oczywiście wybrałem bardzo podobną. Kiedy się poznaliśmy, była kierownikiem budowy. Męski zawód, podobało mi się to. Nie chciałem mieć partnerki, którą musiałbym się opiekować. Chciałem, żeby była samodzielna. Bo niestety ja również, tak jak matka, źle reaguję na czyjś płacz i nieporadność życiową.

Zamieniłem służbę u matki na służbę u partnerki. Kiedy w domu czy przy dzieciach było coś do zrobienia, ja się tym zajmowałem. Dentyści, fryzjerzy, ubrania, wyjazdy, dodatkowy angielski, pilnowanie, żeby paznokcie były obcięte i zęby umyte…

Żona była bardzo asertywna. Nie lubiła sprzątać, więc tego nie robiła. Nie lubiła placów zabaw, więc powiedziała, że nie pójdzie tam z naszym dzieckiem. „Nie będziemy chodzić z dzieckiem na plac zabaw?" – zapytałem. „Ty będziesz!" – powiedziała.

I tak przez szesnaście kolejnych lat.

Gdy dzieci podrosły, słyszałem od nich: „Tato, kiedy wyjedziesz?". Albo: „Wyjdź z pokoju, nie chce mi się z tobą gadać". W pewnym momencie dało mi do myślenia, że pomimo mojego zaangażowania dzieci najchętniej wyprosiłyby mnie z domu, a do mojej żony przychodzą pogadać i pośmiać się, mimo że ona leży na kanapie i się nimi nie zajmuje.

Zdałem sobie sprawę, że zachowuję się jak moja matka. Ciągle czegoś od nich chcę, coś egzekwuję, przydzielam im zadania. Szczególnie w relacji z synem. „Mógłbyś mieć dziewczynę!" „Mógłbyś więcej sportu uprawiać!" „Mógłbyś tyle nie jeść!" Ostatnio powiedział: „Tato, jestem w domu od dziesięciu minut, a ty już pięć razy zwróciłeś mi uwagę".

W końcu odpuściłem. Pozwoliłem, żeby syn nie mył zębów i nie ścinał włosów. I co się okazało? Po jakimś czasie zaczął do mnie przychodzić, coś mi opowiadać. Wreszcie rozmawiamy.

Jestem teraz na czwartej terapii. Mam w sobie mniej lęku.

Rozmowa z moją matką nie ma najmniejszego sensu. Próbowałem kiedyś jej powiedzieć, jak się czułem w dzieciństwie. Wszystkiemu zaprzeczyła.

Przed każdą Wigilią debatujemy z siostrą, które z nas zaprosi ją do siebie. Nie wyobrażam sobie, że miałbym się nią kiedyś zaopiekować. To mój najgorszy koszmar. Siostra też jej nie weźmie. Matka pewnie skończy w domu opieki”.

Tyle - fragment książki, która kończy się serią rad/sugestii, jak radzić sobie z niezdrową relacją dorosłe dziecko-matka.

17/11/2025

W Polsce dorastamy w świecie „musisz”.
Musisz się uczyć, musisz to zrobić, musisz się postarać, musisz poprawić tę ocenę, musisz mieć dobrą szkołę, musisz się ogarnąć, musisz być grzeczny/a, musisz wpaść na święta, musisz się wytłumaczyć, musisz się ograniczyć, musisz się dopasować, musisz być czysty/a, musisz to zobaczyć, musisz!

„Musisz” to najskuteczniejszy sposób na życie w ciągłym napięciu, bo nie ma tam Ciebie. Jest tylko obowiązek, oczekiwanie i nieustanne poczucie winy 😔

Przyjeżdżasz do Norwegii i nagle słyszysz coś, co potrafi zatrzymać oddech:
„Du velger selv.” - wybierasz sam/a.

Nie musisz.
Możesz 😳

Chcesz zostać?
Możesz.
Chcesz odmówić?
Możesz.
Chcesz zrobić przerwę?
Możesz.
Chcesz być kim chcesz?
Możesz.
Chcesz odpocząć, przełożyć, powiedzieć „nie teraz”?
Możesz ❤️

Tu nikt nie stoi nad Tobą z linijką.
Tu nikt nie sprawdza Twojego „poziomu starań”. Tu nie ma policji od obowiązków, które ktoś wymyślił w Twojej głowie trzydzieści lat temu 😌

"Ingen må, alle kan." - nikt nie musi, każdy może. Jedna z najcenniejszych lekcji emigracji kochani 💜
Zamiast „musisz”, dostajesz w prezencie „możesz” i nagle czujesz, że wraca Ci oddech, decyzyjność, życie bez presji 🫶

W Norwegii, każda decyzja jest wyborem.
Każdy wybór jest Twoją odpowiedzialnością i nie da się obarczyć winą kogoś innego, za konsekwencje własnej decyzji.
Mądre, wartościowe, piękne 🙌

Polecam naśladować w tym Norwegów.
To naprawdę działa 🥰

Pamiętaj, że w każdej chwili życia masz wybór 💛 Nie musisz się ze mną zgadzać, nie musisz odrzucać, ale możesz przeczytać i podzielić się własnym doświadczeniem w komentarzu 😉

Nie musisz polubić tego, co piszę, ale możesz 👍 i będzie mi bardzo miło 🤗

Możesz, bo masz wybór ❤️
Nie musisz, bo to tylko Twoja decyzja, kogo i co lubisz 🙌
Korzystaj z tego przywileju 😘

Ewa Królewska

13/11/2025
09/11/2025

Bruce Lee powiedział kiedyś:
"Zamiast kupować swoim dzieciom wszystko, czego nigdy nie miałeś, powinieneś nauczyć je wszystkiego, czego nigdy cię nie nauczono.
Prawdziwe bogactwo nie tkwi w materialnych rzeczach, ale w wiedzy, charakterze i dyscyplinie. Dziecko, które uczy się stawiać czoła życiu z mądrością, będzie silniejsze niż to, które nie otrzymuje nic poza wygodą. Naucz je myśleć, być odważnym i nie polegać na tym, co mają, ale na tym, kim są."

01/11/2025

A może trzeba rozmawiać z ludźmi przy świecach, gdy jeszcze żyją?
Przytulić zgarbioną babcię i powiedzieć jak bardzo ją kochasz. Usiąść na przeciwko siwowłosego dziadka i wyznać jak mało przez całe życie mówiłeś mu o przywiązaniu, o podziwie dla niego, o tym jak śmiesznie mruży brwi, gdy się śmieje, i że masz to po nim.
Może wypić z rodzicami gorącą herbatę z miodem przy zapalonych w ogrodzie lampionach. W otulonej jesiennym zmierzchem altanie żartować, śmiać się i zastanawiać jak to możliwe, że robicie to razem po raz pierwszy w życiu?
Może zabrać dzieci na listopadowy spacer i wędrując szeleszczącą rudymi liśćmi aleją mówić im o najważniejszych słowach.
O Miłości
O Bliskości
O Przyjaźni
O Wdzięczności
I jeszcze ułożyć z nich wyznanie i nauczyć dzieci wymawiać je do wszystkich, których kochają.
I żeby wiedziały, że to ważne i że trzeba się z tym spieszyć.❤️

26/10/2025

W kręgu Johna Rockefellera krążyło zdanie, które powtarzał jak mantrę:
„Rozsądne ubóstwo jest groźniejsze niż nędza.”
Uważał, że tysiące ludzi zatrzymują się w rozwoju nie z powodu głodu, lecz przez wygodę.
„Nędza zmusza do działania, a rozsądne ubóstwo usypia” – mawiał.
Pod „rozsądnym” rozumiał stan, w którym człowiek niby ma wszystko potrzebne: jedzenie, dach nad głową, trochę stabilności – i właśnie to staje się jego klatką.
Opowiadał historię młodego sąsiada, który w wieku dwudziestu lat dostał ciepłą posadę w banku.
Dobra pensja, herbata w gabinecie, żadnych ryzyk.
Wszyscy mówili: „Chłopak dobrze się urządził.”
Piętnaście lat później ten sam człowiek siedział przy tym samym biurku, z tymi samymi lękami – bał się odejść, bał się zacząć od nowa.
„Nie był biedny, ale przestał się rozwijać” – mówił Rockefeller.
I to właśnie nazywał rozsądnym ubóstwem: gdy nie ma bólu, ale nie ma też ruchu naprzód.
W wieku szesnastu lat Rockefeller mógł zostać księgowym z przyzwoitym dochodem, ale porzucił stabilność dla przemysłu naftowego – wszyscy uważali go za szaleńca.
Mówił wtedy: „Wygoda to trucizna. Działa powoli, ale skutecznie.”
Wierzył, że głód – w dobrym sensie – powinien być stały.
Nie w żołądku, lecz w myśleniu.
Rozsądne ubóstwo jest szczególnie niebezpieczne, bo społeczeństwo je chwali.
Takich ludzi nazywa się „rozsądnymi”, „praktycznymi”, „godnymi zaufania”.
Ich decyzje nie budzą kontrowersji, nikt ich nie krytykuje.
Ale za tymi pochwałami często kryje się strach przed ryzykiem, stłumione ambicje i ciche starzenie się duszy.
Rockefeller mawiał: „Żebrak może zostać miliarderem, ale człowiek w rozsądnym ubóstwie – rzadko.”
Uważał, że jedyny sposób, by uniknąć tej pułapki, to nieustannie poszerzać strefę dyskomfortu.
Nowe umiejętności, nowe kontakty, nowe wyzwania.
Co roku zmuszał się do wejścia w projekt, w którym nie czuł się pewnie.
„Jeśli jest mi zbyt wygodnie – znaczy, że już się cofam” – zapisał w swoich notatkach.
Ta filozofia właśnie zbudowała jego imperium.

10/10/2025

Jeśli Twoje dziecko nie ścieli łóżka,
nie myje po sobie talerza,
nie sprząta plecaka,
nie potrafi zadbać o swoje ubrania
to nie jest „tylko etap”.

To krzyk cichy i niewidoczny.
„Nie nauczyliście mnie, jak być odpowiedzialnym.”
Nie dlatego, że jest leniwe.
Ale dlatego, że zawsze ktoś inny przejął pałeczkę.
Bo tak było szybciej.
Ciszej. Wygodniej.
Bo mama nie chciała kolejnej awantury,
a tata wolał zrobić to sam, niż powtarzać po raz setny.
I tak, krok po kroku,
z miłości zrodziło się… bezradne pokolenie.
Dzieci, które mają wszystko,
ale nie potrafią nic.
Które gubią się w prostych sprawach,
bo nigdy nie musiały zaczynać.
Które nie ścielą łóżka i nie wiedzą, jak poskładać swoje życie.
Pewna mama powiedziała mi kiedyś:
„Mój 17-letni syn nigdy nie zrobił łóżka. Zawsze mówiłam: szkoda go, niech odpocznie.”
Został sam w domu na weekend.
Po trzech dniach — łóżko jak gniazdo, śmieci wszędzie, jedzenie na podłodze.
Gdy wróciła, powiedział tylko:
„Nie wiedziałem, od czego zacząć.”
I w tym jednym zdaniu było wszystko.
Nie brak siły. Nie bunt.
Tylko brak nawyku.
Brak narzędzi.
Brak nauki.
Rodzicu spójrz dziś na łóżko swojego dziecka.
Nie krzycz. Nie złość się.
Zadaj sobie jedno pytanie: „Czy wychowuję je dla komfortu… czy dla życia?”
Bo życie nie będzie mu sprzątać pokoju.
Nie przypomni, że czas do pracy.
Nie poda śniadania do łóżka.
Każda rzecz, którą dziś robisz za swoje dziecko,
jest cegłą w murze jego przyszłej bezradności.
Nie rób tego więcej.
Nie pościel, nie zmywaj, nie układaj za nie.
Zamiast tego naucz. Pokaż. Czekaj.
Wymagaj.
Bo jeśli dziś nie nauczysz go sprzątać po sobie,
jutro nie będzie umiało posprzątać po błędach.
Jeśli dziś nie nauczysz odpowiedzialności,
jutro nie poradzi sobie z życiem.
Nie wychowuj dziecka, które ma „łatwo”.
Wychowuj takie, które da sobie radę.
Bo pewnego dnia Cię zabraknie.
I wtedy zostanie tylko ono
z tym, czego go nauczyłaś…
albo z tym, czego nie zdążyłaś.

Autor :na wesoła nuta

05/10/2025

Spacer po korytarzach onkologii.
I przestajesz narzekać.
Wszystkie bzdury o których myślisz...
i zrozumiesz jak wielkie masz szczęście.
Szczęście, że żyjesz i jesteś zdrowy!

Jesteś bardzo bogaty i nawet o tym nie wiesz!

~ Ona & On

30/09/2025

Czy zauważyliście, że nikt nie potrafi wyprowadzić nas z równowagi tak bardzo, jak… własni starzy rodzice? Bo wszyscy inni starsi ludzie to po prostu „starsi”.
A nasi – to wciąż ci sami mama i tata, których pamiętamy zupełnie inaczej: młodych, silnych, pewnych siebie. Tych, którzy jeszcze wczoraj odgrywali w naszym życiu zupełnie inną rolę. Trudno nam pozwolić im się zestarzeć, stać się słabszymi, a czasem – naiwnymi jak dzieci.

Jest tylko jeden sposób, by te relacje były łatwiejsze. Jeden jedyny: trzeba zrozumieć i przyjąć, że łatwiej już nie będzie. Lepiej – też nie.
Musimy znaleźć w sobie siłę, by pozwolić rodzicom być takimi, jacy są. Uszanować ich „dziecinne” wybory. Spełniać dziwaczne prośby. Nie traktować zbyt serio ich szalonych pomysłów. Przytakiwać na ich wymagania, choćby były absurdalne. Nie wdawać się w spory, gdy mówią oczywiste bzdury. Bo po co?

Starszych ludzi przerażają nasze problemy – choroby, zwolnienia z pracy, życiowe niepowodzenia czy dramaty sercowe. Każda taka sytuacja przypomina im o własnej bezradności: o tym, że już nie potrafią pomóc nawet własnym dzieciom. To boli, zawstydza i straszy. To dowód ich starości.

Dlatego właśnie rodzice wpadają w panikę, gdy coś nam się dzieje. Dlatego wypytują bez końca – boją się naszych problemów bardziej niż my sami. A ich rady? To dla nich jedyna szansa, by poczuć, że jeszcze mają wpływ na nasze życie.

Zapamiętajcie więc: rozmowy ze starszymi rodzicami są tylko od dobrych wiadomości. Smutne rzeczy – przełknąć, uśmiechnąć się. Dobre – powiedzieć, ale tak, żeby w sercu zostawiły ciepło.
Starszym nie potrzeba multicookerów, nowych pralek ani kolejnych sprzętów „z pożytkiem”. To ich nie uszczęśliwi.

Prawdziwa radość dla nich to nasz czas. Ale nie byle jaki – nie szybki, zmęczony i byle odhaczyć. Tylko czas ciepły, jakościowy, pełen bliskości.

Bo starość to najbardziej zaraźliwa choroba świata. Wszyscy ją mamy – różnimy się tylko etapem. Nasi rodzice są dalej. My – trochę w tyle. Ale i nas to czeka.
Trzeba nauczyć się widzieć w naszych starych rodzicach… samych siebie, tylko o kilka dekad później. To przeraża, ale i uczy. Bo miłość i współczucie dla nich to w gruncie rzeczy miłość i współczucie do nas samych.

Starość rzadko daje dobre emocje. To my musimy je przynieść. My jesteśmy akumulatorami światła i radości. To trudne, męczące, ale ktoś musi tę robotę wykonać. I tymi „silnymi” teraz jesteśmy my.

Cokolwiek się wydarzy, choćby dziś starzy rodzice nas zranili – jutro będzie nowy dzień. I do jutra trzeba nauczyć się odpuszczać to, co bolało dzisiaj.

Autor: A. Halicki

Adres

Ulica Ks. Norberta Bonczyka 31 A
Wroclaw
51138

Godziny Otwarcia

Wtorek 10:00 - 18:00
Czwartek 10:00 - 18:00

Telefon

+48501751427

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Radość Codzienności umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Radość Codzienności:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria