13/11/2025
W trakcie konferencji w Amsterdamie miałam okazję wysłuchać wystąpienia prof. Franka Yeomansa zatytułowanego: „Co prowadzi do zmiany w TFP i dlaczego tego nie robimy?”.
Odpowiedź na pierwsze pytanie wydaje się być dość prosta - tym, co prowadzi do zmiany w TFP jest konsekwentna analiza przeniesienia w sytuacji tu i teraz w gabinecie.
Odpowiedź na drugie pytanie nie jest już tak jasna. Dlaczego jako terapeuci TFP tej analizy nie prowadzimy? Czy dlatego, że nie wiemy, że powinniśmy? Czy dlatego, że nie wiemy, w jaki sposób to robić? Czy dlatego, że nie dostrzegamy przeniesienia Pacjenta? A może dlatego, że się boimy?
Prof. Frank Yeomans wskazał, że tym, co zwykle powstrzymuje nas od prowadzenia analizy przeniesienia jest lęk. Lęk dwojakiego rodzaju: albo, że skrzywdzimy Pacjenta albo, że sami zostaniemy skrzywdzeni.
Zastanawia mnie w jaki sposób moglibyśmy odpowiedzieć na ten problem. Jak sprawić, abyśmy, pomimo lęku, zaczęli robić to, co powinniśmy. Czyż tkwiąc w lęku nie utwierdzamy naszych Pacjentów w przekonaniu, że NAPRAWDĘ jest się czego bać i że nie warto konfrontować się z przeniesieniem, z tym „potworem zamkniętym w szafie”?
Próbując znaleźć odpowiedź na to pytanie moje myśli wędrują ku procesowi superwizji. Czym ona jest i jakie pełni funkcje? Konstruuję swoje myśli następująco:
1. Jest to sytuacja, w której superwizor mnie naucza - konsultuje postawioną przeze mnie diagnozę, pomaga mi technicznie, wskazuje jakich interwencji użyć w jakim momencie i dlaczego.
2. Jest to sytuacja, w której mogę odreagować - powiedzieć o wszystkich trudnościach, które spotykają mnie w pracy.
3. Jest to sytuacja, w której superwizor mówi mi, czego nie widzę, co robię źle, co poprawić.
Myślę sobie jednak, że wartością, o której często zapominamy jest ta funkcja superwizji, w której superwizor / grupa superwizyjna zauważa hamujące nas lęki, nadaje im rozumienie i je pomieszcza. W efekcie mówi: „idź, DACIE radę”. Może brzmi to banalnie, może trochę górnolotnie, ale rzeczywiście superwizja może być też miejscem, w którym terapeuta, mierzący się z ciężką psychopatologią, w której dominuje agresja, dzieli się swoim zmęczeniem, swoim brakiem nadzieji, swoją bezsilnością i zrezygnowaniem a w odpowiedzi czuje się zrozumiany, pomieszczony i zreparowany. Może jeszcze sam nie wierzy w powodzenie tego przedsięwzięcia, ale korzysta z wiary swojego superwizora lub grupy. W takim sensie superwizor / grupa superwizyjna pomaga terapeucie nie tylko w zachowaniu ambiwalencji ale przede wszystkim w odbudowaniu nadzieji na to, że tym, co wygra w relacji pełnej zniszczenia będzie raczej LIBIDO a nie AGRESJA. Oczywiście nigdy nie możemy mieć co do tego pewności, ale jakże ożywczym uczuciem jest rekonstrukcja nadzieji tego rodzaju…