26/03/2026
Usłyszałem kiedyś zdanie, do którego regularnie wracam - powiedział mi je konsultant biznesowy, który miał za sobą doświadczenie z misji wojskowej i pewnie dlatego brzmiało tak prosto, a jednocześnie tak konkretnie:
When you are on - be 100% on.
When you are off - be 100% off.
Na początku rozumiałem to bardzo dosłownie i bardzo „po biznesowemu”. Jak jesteś w pracy, to jesteś na 100% - dajesz uwagę, czas, zaangażowanie, robisz robotę najlepiej jak potrafisz. A jak Cię nie ma, to Cię nie ma. Nie, że „coś jeszcze ogarnę z urlopu” albo „zadzwoń jakby co”.
Mój fokus leciał na to „100% off”, bo sam potrafiłem nie raz ogarniać rzeczy zawodowe w czasie urlopu lub o zgrozo „el quattro”.
Z czasem zacząłem jednak widzieć, że większym wyzwaniem wcale nie jest bycie „off”, tylko bycie naprawdę „on”. Takie pełne, świadome, z uwagą i zaangażowaniem - i to nie tylko w pracy.
Najmocniej zobaczyłem to w ojcostwie. Wstyd pomyśleć i policzyć, ile razy byłem z dziećmi, a głową byłem zupełnie gdzie indziej, najczęściej w pracy, planach, zadaniach, tym co „jeszcze trzeba zrobić”. Niby jestem, siedzę obok, coś razem robimy, ale tak naprawdę jestem tam tylko częściowo, słucham ale nie słyszę, patrzę ale nie widzę, po prostu nie jestem obecny.
I to jest trudne. Bycie naprawdę obecnym z dziećmi jest trudne, bycie ojcem na 100% jest trudne i nie ma co tego lukrować. Ale z drugiej strony coraz bardziej widzę, że to wcale nie musi oznaczać bycia idealnym przez cały dzień.
Dużo więcej daje krótszy, ale naprawdę uważny czas razem niż kilka godzin „z doskoku”.
Dla mnie właśnie o to w tym wszystkim chodzi - nie tylko o to, żeby umieć się wyłączyć, ale też o to, żeby naprawdę się włączyć wtedy, kiedy jesteśmy.
Z ciekawości - co jest dla Ciebie trudniejsze: być naprawdę „off” czy naprawdę „on”?
P.S. Jeśli dotarłeś aż tutaj - dzięki, serio 🙂